Niezwykłe emocje, które od ubiegłego stulecia towarzyszyły spotkaniom Śląska Wrocław z drużyną z Kujaw, zaowocowały określeniem, które w dobry sposób oddaje specyfikę tych pojedynków. Nie ma na koszykarskiej mapie polski dwóch tak mocno rywalizujących przeciwników grających o najwyższe cele w kraju. „Święta wojna” wraca do Wrocławia, dziś o godz. 18:00 w hali Orbita zapisana zostanie kolejna karta historii.Rzadko kiedy się zdarza, w naszym kraju rzecz jasna, aby dana rywalizacja wywoływała taką ekscytację, która potrafiłaby kształtować w taki sposób ludzkie zachowania i wzajemny stosunek do siebie. Owszem, kibice piłkarscy potrafią być bardziej radykalni, ale godne pochwały jest właśnie to, że choć między stolicami Kujaw wschodnich i Dolnego Śląska „sympatii” nie było, to dzięki Bogu do brutalnych (fizycznych) ekscesów nie dochodziło. Jeżeli o wspomnianej „sympatii” to oczywiście bywało brutalnie, ale tylko słownie i choć do najelegantszych zachowań to nie należy, to zupełnie nie odstaje to od tego co potrafi się dziać w halach NBA, Euroligi czy na zachodnioeuropejskich boiskach do piłki kopanej. Charakterystyczne jest to, że we wrocławskiej Hali Ludowej od sezonu 1998/1999 głośno i kolegialnie „śpiewane” (parę nut i autor zanucił;>) wulgaryzmy pojawiały się jedynie z okazji wizyt włocławian. Równie zaskakujące jest to, że przy okazji odbierania przez nich srebrnych medali MP, po przegranych bataliach (lata 99,00,01), ci sami kibice bili im brawo( autor też) i co ciekawe zawodnicy z Włocławka prawie zawsze reagowali pozytywnie i odwdzięczali się przyjacielskimi gestami. Skąd więc właściwie taka agresja?(a może bardziej wzajemnych strach?) Skąd docenianie klasy przeciwnika i fanatyczne go nienawidzenie?( tutaj palma pierwszeństwa oddana kibicom z Włocławka).

Frustracja z powodu bycia ciągle „tym” drugim dojrzewała powoli, pech włocławian polegał na tym, że w swoim świetnym debiutanckim, na parkietach ekstraklasy, sezonie oraz w kolejnym, na drodze do złota stawała drużyna minimalnie, ale uczciwie trzeba powiedzieć, lepsza. Kiedy w trzecich z kolei rozgrywkach ,wśród polskiej koszykarskiej elity, graczom Anwilu udało się odprawić już w ćwierćfinałach Śląsk, apetyty na pewno wzrosły i w takim wypadku ich brązowy medal był dla klubu, miasta i kibiców wart niewiele. ‚Święta wojna”, w swoim wymiarze poza sportowym, czerpie na pewno sporo z sezonu 95/96 i kontrowersji na linii Griszczuk-sędziowie. To właśnie wtedy, kibice poczuli się „oszukani” przez niczemu nie winnych (?) wrocławian. O tym jak wielka jest siła urażonej dumy i poczucia o świadomie zadawanej krzywdzie przekonać się mogliśmy podczas piłkarskiego Euro 2008. Wtedy negatywnym bohaterem dla 3/4 społeczeństwa został pewien łysy Brytyjczyk, i nie podejmuje tematu o rzekomym lub też nie faulu, w odczuciu większości go nie było, tak jak zapewne dla 3/4 włocławian Igor Griszczuk był niewinny. Trzy lata później kolejne przeświadczenie o „matactwach” Śląska (cofnięcie zegara i rzut Krzykały) już na dobre ugruntowało stwierdzenie o „świętej wojnie”, bo w tamtym momencie kibicom bardziej chodziło, aby nie przegrać z Anwilem/Śląskiem czyli z odpowiednio oszołomami/oszustami niż nie przegrać w ogóle. Swoje trzy gorsze do całej wojny dodali też kapitanowie, wyraziste postaci i liderzy na boisku, Griszczuk i Zieliński, którzy nigdy nie zamierzali „schodzić z drogi” swoim przeciwnikom, a często nawet prowokowali sytuacje konfliktowe. Czy to źle? Chyba nie, nigdy nie wywiązała się pomiędzy nimi i drużynami jakaś poważna bójka, a zaczepne charaktery kapitanów i ich zespołów broniły się kunsztem na parkiecie i kibic zawsze miał poczucie, że tym na boisku chodzi o koszykówkę, a nie o boks.

Carl von Clausewitz, wybitny pruski teoretyk wojny zmarły we…Wrocławiu w roku 1831, zasłynął między innymi, z powiedzenia, że Wojna jest jedynie kontynuacją polityki innymi środkami. Tą zasadę na pewno wyznawali właściciele drużyn. Jeżeli nie można wygrać w walce, to znaczy, że błąd leży gdzieś w polityce, w tym wypadku klubu sportowego. Jeżeli włodarze klubu mają wpływ na jakąkolwiek politykę ( która ma realne szanse, aby przynieść korzyści na parkiecie) to jest to polityka transferowa. Ta często była taka, aby podbierać sobie „generałów” i wcielać ich do własnej armii. Dla kibica jest to okazja wprost wymarzona. Jeżeli zawodnik odchodzi do śmiertelnego wroga to znaczy, że jest zdrajcą, a wtedy jego los na pewno nie będzie błogi kiedy wróci zagrać na stare śmieci. Jeżeli przychodzi od śmiertelnego wroga to znaczy, że zorientował się w końcu po, której stronie stać należy i niejako utwierdza kibica w przekonaniu o wyższości jego klubu. Sytuacji z migracjami koszykarzy na linii Śląsk-Anwil było naprawdę wiele, toteż wzajemna „sympatia” rosła.

13 lutego 2008 roku „święta wojna” gościła ostatni raz we Wrocławiu. Od tamtego czasu minęło 1425 dni, a okres ten zasługuje na miano przymusowej ekecheirii. Rozejm, wywołany brakiem Śląska wśród najlepszych, spowodował, że wzorem starożytnej Grecji ( u nich na czas igrzysk) zapadł „święty pokój„, u nas ten czas przypadł nie na czas walki, a niemożności jej przeprowadzenia. Śląsk wrócił do najlepszych, czuje się w ich towarzystwie co raz lepiej i pnie się w górę tabeli, nie pozostaje mi życzyć: sobie, Państwu i wszystkim miłośnikom dobrej koszykówki w kraju- Vivat święta wojna! Niech igrzyska trwają!

Historia, czasem, nieco subiektywna:

1992/1993– drużyny Śląska i Nobilesu pierwszy raz zmierzyły się ze sobą w najwyższej klasie rozgrywkowej. Ówczesny beniaminek z Włocławka już w sezonie zasadniczym pokazał, że należy się z nim jak najbardziej liczyć i w pierwszym starciu z wrocławianami uległ nieznacznie (wtedy PCS-owi Śląsk Wrocław) 85:91. W rundzie rewanżowej to wrocławianie grając na wyjeździe musieli uznać wyższość, prowadzonych przez Igora Griszczuka, gospodarzy i przegrali w stosunku 85:89. Oba zespoły spotkały się ponownie w finałach, gra o złoto toczyła się do 3 wygranych, fenomenalny nowicjusz nie podołał jednak walce i praktycznie został zmieciony przez Dolnoślązaków 3:0 ( 121:73, 92:84, 101:65).

1993/1994– System rozgrywek w następnym sezonie zasadniczym spowodował, że PCS i Nobiles zagrały ze sobą 4-krotnie. Zawodnikom Śląska udało się odnieść komplet zwycięstw w meczach z Nobilesem (101:85, 95:86, 108:97, 106:85) i kiedy obydwie ekipy spotkały się ponownie w finale, wydawało się, że bez najmniejszych przeszkód tytuł znów zostanie we Wrocławiu. Drużyna z Kujaw nie zdołała odmienić historii sprzed roku, ale trzeba zauważyć, że poziom tych finałów nie był tak jednostronny. Już na początku wylali oni wiadro zimnej wody na głowy koszykarzy Śląska, kiedy pokonali ich we Wrocławiu 83:74. W następnych spotkaniach PCS był bardziej skoncentrowany i trzy kolejne mecze wygrał. Tym samym 11 tytuł mistrza Polski zyskali „wojskowi”. Śląsk-Nobiles (74:83, 87:79, 81:80, 81:73)

1994/1995– Finały minionego sezonu pokazały, że dystans dzielący te dwa kluby kurczy się. Rozgrywki 94/95 nie były udane dla „trójkolorowych”, dwie porażki z Nobilesem ( 82:85, 77:90 ) nie wróżyły najlepiej przed play-off. Tutaj finaliści ostatnich dwóch sezonów zagrali już na poziomie ćwierćfinałów. Gładko, w stosunku 3:0, na swoją korzyść rozstrzygnęli ją koszykarze z Włocławka (86:77, 88:72, 86:76). Nobiles zajął ostatecznie „tylko” 3 miejsce.

1995/1996 jeżeli należy, gdzieś szukać zarzewia sławetnej przyszłej „sympatii” między klubami i ich środowiskami to prawdopodobnie wszelakich śladów należy szukać w sezonie 95/96 ( to drugi rok kiedy „wojskowi” grali pod szyldem radia Eski). Do klubu po edukacji na uniwersytecie Providance wrócił Maciej Zieliński. Przed play-offami w wewnętrznej rywalizacji pomiędzy klubami był remis, a spotkania padały łupem gospodarzy. We Wrocławiu 12 punktami wygrali miejscowi 98:86, w rewanżu zaś lepsi okazali się włocławianie, którzy zwyciężyli 104:91. W tym roku kluby znów nie spotkały się w finałach, a zrobiły to o krok wcześniej, wydarzenia z półfinałów zadecydowały prawdopodobnie, że mecze tych drużyn nigdy już nie będą tylko kwestią sportu. Nobiles rozpoczynał półfinały dwumeczem na własnym parkiecie (przewaga parkietu). W pierwszym niezwykle dramatycznym spotkaniu, na 5 sek. przed końcem 93:92 prowadzili miejscowi, ale piłkę z autu wprowadzali przyjezdni. Amerykański skrzydłowy Ben Seltzer dograł ją do będącego pod obręczą Zielińskiego, który umieścił piłkę w koszu i wygrał pierwsze spotkanie w serii dla WKS-u. Kolejne wygrali, doprowadzając do remisu, gospodarze 110:103. Trzeci pojedynek zmienił bieg tej rywalizacji nie tylko podczas tamtych play-off’, ale i na zawsze. Niestety o tamtych zdarzeniach krążą tylko legendy i ciężko ustalić jak faktycznie było, dlatego przedstawiam dwie wersje w jednej. Po przegranym trzecim pojedynku (2:1 dla WKS) Igor Griszczuk wszedł/wtargnął do sędziowskiej szatni i chciał porozmawiać/pokrzyczeć o poziomie sędziowania ( głównie jego fauli) w konsekwencji odwiedzin/wtargnięcia, zawodnik ukarany został karą dyskwalifikacji na 2 spotkania oraz grzywną 1 tyś. złotych, a to dlatego, że w trakcie swojego pobytu/pobytu u sędziów, rzekomo, groził im białoruską mafią. Wykluczony z rywalizacji Białorusin tylko z trybun wspierał swoich kolegów, którzy przegrali 97:76. Wrocław ponownie w finale. Eska 4:2 (82:103, 88:83, 88:89, 92:87, 106:91 i 103:85) pokonuje bytomskie Bobry i koszykarska sekcja Śląska legitymuje się już tuzinem złotych medali.

1996/1997– te  rozgrywki niespodziewanie zakończyły się dla obydwu zespołów. Po drodze, w rundzie zasadniczej, spotkały się 4-krotnie. Pierwsze dwa spotkania zagrano we Wrocławiu  (92:85, 96:86), trzecie (3.12.1996) zakończyło się wielkim olbrzymim zwycięstwem przed własną publicznością gospodarzy 131:109 z Włocławka. Dzięki pokaźnej sumie (łącznie 240 pkt.) drużyny ustanowiły rekord rozgrywek w tym względzie, aktualny po dziś dzień. Czwarte, już bez takich popisów, zwycięstwo padło łupem „wojskowych”. W fazie play-off oba zespoły zostały „pogodzone” przez rewelacyjny Komfort Stargard Szczeciński, który wyeliminował kolejno: Nobiles ( ćwierćfinał 3:0) i Śląsk ( półfinał 3:2). W pojedynku o 3 miejsce, Śląsk gładko przegrał z Bobrami 1:3.

1997/1998– Wrocławianie przemianowali się na Zepter Śląsk Wrocław, a nowym trenerem został Andriej Urlep. W sezonie zasadniczym trzy z czterech meczy wygrał Śląsk ( 61:54, 88:71, 75:67, 70:78). Anwil odpadł już w pierwszej rundzie play-off, Śląsk sięgnął po tytuł mistrzowski pokonując w siedmiomeczowej serii 4:3 Pekas Pruszków ( 76:71, 49:65, 68:71, 66:49, 70:66, 63:76, 63:51)

1998/1999– to sezon, który na długo zostanie zapamiętany przez sympatyków obydwu klubów. Świetne pojedynki w sezonie zasadniczym i walka o złoty medal tocząca się do ostatniego meczu. 3 pażdziernika 1998 to data, która dla kibica we Wrocławiu jest synonimem koszykarskiego cudu i niebywałego szczęścia, na Kujawach jest natomiast zgoła inaczej, gdyż tak poniesiona klęska nie zdarza się zbyt często. 6 kolejka spotkań, Śląsk gości we Włocławku, mecz bardzo wyrównany od pierwszego gwizdka, a w powietrzu pachniało emocjonującą końcówką. 86:85 dla Śląska ale właśnie przegrany przez nich rzut sędziowski gdzieś na wysokości bronionej trumny spowodował, że piłkę przejął Roman Prawica (na zegarze 3 sek. do końca) i wykorzystał zasłonę kolegi z zespołu, rzuca i trafia na wprost kosza zza łuku. Legendarny „kurnik” eksplodował, Anwil na prowadzeniu 88:86, a zegar pokazuje 0:00. Interwencja sztabu trenerskiego Śląska spowodowała cofnięcie zegara tylko o 1 sek. (Śląskowi prawdopodobnie przysługiwało więcej czasu, może nawet trochę ponad 2 sek. ale z perspektywy czasu to może i lepiej, bo Śląsk siliłby się prawdopodobnie na bardziej skomplikowaną akcję). Miglinieks spod kosza podaje do całkowicie wolnego Krzykały, Anwil pilnował trójki wrocławian znajdującej się na atakowanej przez WKS połowie, a ten z linii rzutów za 3 będącej pod bronionym koszem oddaje rzut na kosz Anwilu… piłka wpada, a na trybunach słychać i widać było niedowierzanie. Tym razem eksplodował Śląsk, „kurnik” zgasł. W ocenie kibiców Anwilu, ten został po raz kolejny „oszukany” (wcześniej afera sędziowska z Griszczukiem i teraz wrócony o sekundę zegar),a  zawiedli niestety sędziowie odpowiedzialni za pomiar czasu, gdyż to oni nie zatrzymali go po rzucie Prawicy i w istotny sposób przyczynili się do pogłębiania animozji pomiędzy drużynami. Kolejne spotkanie nie obfitowało w tak duże emocje, Śląsk w „Ludowej” wygrał bezpiecznie 78:66. Na kolejną potyczkę tych zespołów przyszło czekać do finałów. Tutaj, kluczowa okazała się przewaga własnego parkietu, gdyż zespoły wygrywały tylko w swoich halach. Jeżeli wydarzyła się kiedykolwiek jakaś rzecz, która mogła zbliżyć do siebie kibiców jednych i drugich to wydarzyła się ona podczas 5 spotkania we Wrocławiu. Kibiców połączyła telewizja, która sprawiła ,że sympatycy zjednoczyli się w jej krytyce. Mecz transmitowany był przez TVP 1 , pojedynek był dramatyczny i po 40 minutach był remis po 69, szykowała się dogrywka której…której nie puszczono, ponieważ uznano, że ważniejszym i niecierpiącym zwłoki wydarzeniem jest emisja Teleexpressu. Śląsk ostatecznie wygrał to spotkanie (prowadzenie 3:2), a tydzień później (13 maja) ligę (4:3). Zabawnym, ale  kompromitującym faktem dla TVP były trzymane (w dwóch następnych spotkaniach po zdarzeniu Teleexprassowym) przez kibiców kartki z napisem: Kiedy znów przerwiecie transmisję?. Śląsk wygrał 4:3 (75:62, 70:61, 72:84, 71:81, 78:71- mecz po dogrywce, 68:71, 67:60)

1999/2000– apogeum radykalizmów na linii kibice Anwilu-gracze Śląska. 18 kolejka spotkań, wrocławianie gościli we Włocławku. Mimo, że w hali było bardzo gorąco to Śląsk podszedł do tego spotkania bardzo zimny… Przyczynili się do tego sympatycy Anwilu, którzy bojkotowali rozgrzewkę Śląska rzucanymi serpentynami, skutecznie im uniemożliwiając przebywanie na parkiecie przed rozpoczęciem meczu. Swoistego „prezentu” doczekał się też kapitan WKS-u, kibice przygotowali kukłę z wizerunkiem Macieja Zielińskiego, której bynajmniej nie trzymali z zamiarem okazywanie jej szacunku, a cały „kurnik” śpiewał „Zieliński zobacz co mamy”. Przed meczem zaprezentowana została flaga powitalna na część Śląska, nosiła napis: ŚP Zepter. Ten mecz wygrali gospodarze 82:75. Okazja do rewanżu przytrafiła się w trakcie 30 kolejki sezonu, ale wrocławianie z niej nie skorzystali przegrali 65:74 . Finały rozstrzygnęły się w pięciomeczowej serii i chyba nikt we Wrocławiu nie obstawiał tak, relatywnie, łatwej batalii. Dwa przegrane spotkania w sezonie regularnym i kontuzja w play-off Adama Wójcika, spowodowała, że wystąpił tylko w 3 meczach finałów grając łącznie 39 minut, to wszystko sprawiało, że obrona tytułu nie była tak prostym zadaniem. Kontuzja Wójcika „spowodowała” też inne konsekwencje, tym razem pozytywne. Amerykanin Charles O’ Bannon świetnie wypełnił lukę, którą stworzył Polak i niski skrzydłowy, który w sezonie regularnym na pewno nie błyszczał, okazał się największą gwiazdą Śląska w półfinałach i finałach, za co zgarnął nagrodą MVP. Śląsk wygrał z Anwilem 4:1 (78:64, 62:48, 57:59, 71:70, 84:71).

2000/2001– sezon dominacji Śląska, wrocławianie nie przegrali żadnego spotkania w sezonie regularnym ( 2 zwycięstwa nad Anwilem 95:90, 86:77). Finały mimo, że niezbyt długie to przyniosły trochę emocji. WKS wygrał je podobnie jak przed rokiem, w stosunku 4:1 (78:68, 78:76, 80:82, 79:76, 92:76). Śląsk zdobył swój przedostatni (16) tytuł mistrzowski.

2001/2002– W spotkaniach sparingowych obydwa zespoły grały ze sobą dwukrotnie (78:72 dla Śląska i 67:64 dla Anwilu). W sezonie również skończyło się remisem 1:1 i 2:2. We „Ludowej” wygrali miejscowi 91:82 we Włocławku zaś Kujawianie 91:81. Dwa kolejne spotkania zagrano (reforma ligi) w „górnej szóstce” ( to o co dziś bije się Śląsk Rajkovica ). Drużyny okazały się być bardzo gościnne i zgodnie przegrywały przed własną widownią, pierwsi tą nową tradycję zapoczątkowali włocławianie ulegając 62:77, w rewanżu, około miesiąc później, to gospodarze pokazali „dobre maniery” i ulegli  Anwilowi 80:65. Ciekawy jest fakt, że obydwa spotkania kończyły się 15 punktowym prowadzeniem jednej z drużyn, była to też ostatnia „święta wojna” Igora Griszczuka. W play-off Anwil odpadł w półfinale z Prokomem, który później uległ wrocławianom. Śląsk zdobywa siedemnaste, i jak do tej pory ostatnie, mistrzostwo Polski.

2002/2003– zespoły wracają do starych zasad i wygrywają mecze u siebie (tylko w sezonie zasadniczym). Pierwsze, na własnym parkiecie, wygrywa Anwil różnicą aż 21 punktów 91:70. Drugie zwyciężają koszykarze Śląska, też przekonująco, 87:69. W półfinałach przewagę własnego boiska miał Anwil i świetnie ją wykorzystał pokonując gładko, do 3 wygranych, Śląsk 3:0 (80:64, 81:77, 96:93). Sezon ten przyniósł włocławianom pierwszy i jak do tej pory tytuł mistrzowski w historii. Bieg po trofeum zajął im dziesięć lat, od kiedy jako sensacyjny beniaminek zagrali w pierwszych finałach 92/93.

2003/2004– sezon pełen wiary w odzyskanie tytułu, Śląsk zbudował bardzo mocną drużynę rewelacyjnym odkryciem Lynnem Greerem na czele. Śląsk wygrał wszystkie 3 spotkania, które zagrał w sezonie z Anwilem. Dwie ligowe wiktorie, na wyjeździe 86:82 i u siebie 87:68, trzecią wygraną było zwycięstwo w finale Pucharu Polski, który rozgrywany był we włocławskiej Hali Mistrzów, 78:72.

2004/2005– w sezonie regularnym remis 1:1, a zespoły znów wygrywają na wyjazdach we Wrocławiu, Anwil 84:83 i na wyjeździe Śląsk 73:64. W play-off drużyny spotkały się bardzo wcześnie, rywalizację ćwierćfinałową (3:1) wygrali zawodnicy Anwilu (76:74, 86:84, 72:90, 101:84).

2005/2006– sezon bardzo ubogi w pojedynki Śląsk-Anwil, „święta wojna” odbywała się tylko dwa razy. We Włocławku rozgromiony został Śląsk 71:44, częściowy rewanż udał się w Orbicie, gdzie Śląsk wygrał 80:68.

2006/2007– ostatni sukces wrocławian. Runda zasadnicza na remis, przed własną publicznością ( 76:63 ) wygrywa Śląsk, a w Hali Mistrzów zaś lepszy jest Anwil 76:63. Nigdy w historii obydwa zespoły nie rywalizowały ze sobą o brązowe medale MP. Rywalizacja ta była bardzo zaskakująca, po pierwszym meczu rozgrywanym we Wrocławiu, mało kto wierzył, że Śląsk nawiąże walkę z odwiecznym rywalem. Anwil wygrał w Orbicie różnicą 18 punktów 91:73, ale niespodziewanie przegrał dwa kolejne spotkania (79:88 u siebie i 61:57 we Wrocławiu). Na piersiach graczy Śląska zawisły brązowe medale.

2007/2008ostatnie „święte wojny”. Drużyny zmierzyły się ze sobą tylko dwukrotnie, po raz koleiny w sezonie regularnym remis 1:1 (86:64 dla Anwilu i 69:64 dla Śląska na własnym parkiecie). 13.02.2008– ostatnia „święta wojna” we Wrocławiu.

2011/2012– Śląsk wraca do grona najlepszych drużyn w Polsce. Pierwsze spotkanie ligowe po blisko 3,5 przerwie pada łupem grających u siebie włocławian 84:70.

8.01.2012-?

 

 

Krzysztof Bełej