Sport to niesamowita sprawa. Dziedzina, w której wszystko może zmienić się w każdej chwili. Wiele przypadków pokazywało, że słabszy zespół czy zawodnik, są w stanie triumfować nad tymi, którzy swoimi umiejętnościami znacznie przewyższają. Co jest do tego potrzebne? Wielkie serce do walki, ambicja, tona szczęścia. Przede wszystkim. Przydaje się też nagłe zamroczenie rywala. W niektórych przypadkach wręcz karykaturalne.

Trzecie zwycięstwo w sezonie. Trzecie z rzędu. W trzecim meczu. Takiego początku nie było nawet w pierwszej lidze. Mimo wymiany większości składu i trenera, mimo gry, która czasami przyprawia o zawroty głowy. A żeby było zabawniej, z przeciwnikami, którzy w tamtym sezonie skończyli w tabeli ostatecznie znacznie wyżej. W większości.

Czym po trzech meczach można odróżnić dzisiejszy Śląsk od tego sprzed sezonu? Toną szczęścia. W ubiegłych rozgrywkach, podobne do tych w Słupsku spotkania na wyjeździe kończyły się porażkami. Zazwyczaj bez znaczenia z kim. Teraz, mimo przemeblowania, za każdym razem udaje się być minimalnie lepszym od, nie ma co kryć, teoretycznie lepszych rywali.

Spotkanie ze Stelmetem zaczęło się dobrze, do pewnego momentu nawet bardzo dobrze. Potem ktoś z jednej strony parkietu wyłączył światło, przez co większość udanych akcji można było oglądać tam, gdzie spora liczba oglądających w Orbicie sobie nie życzyła. C’est la vie.

Całe szczęście, że po przerwie zmieniono strony. Niektórzy potrzebowali jednak jeszcze trochę czasu, by ponownie przyzwyczaić oczy. I nie byli to kibice. Grający bez pomysłu Śląsk był jednak świadkiem czegoś dziwnego – ich przeciwnicy sami odłączyli swój dopływ prądu. Zaczęli grać tak, że adeptom na juniorów byłoby w niektórych momentach wstyd. Takich niecelnych podań nie widziałem na tej hali od dawna. Przypominał się pewien fragment Kosmicznego Meczu.

Co zrobił Śląsk? Nie czekał, aż zapalą się zasilacze awaryjne, zaczął walczyć. Atakować, gryźć parkiet i mieszanką siły z ambicją doprowadzać do tego, czego nikt po 30 minutach gry się nie spodziewał. Często się gubili, owszem, brakowało trochę umiejętności, ale na tak zdezorientowany Stelmet to wystarczyło. Nie wiem, kto napisał scenariusz tego spotkania, ale brawa. Decydujące chwile należały do gospodarzy, najważniejszy przechwyt, najważniejszy rzut.

Na Stelmet to wystarczyło. Ale tylko na Stelmet z czwartej kwarty. Samą wolą walki i sercem do gry trudno zdobyć mistrzostwo. Z tym, że potencjał w tym zespole jest bez wątpienia, skoro będąc w takiej formie potrafili wygrać z Treflem na wyjeździe i u siebie z wicemistrzem kraju. Sezon jest długi, a pociąg z szyldem WKS’u powoli się rozpędza. Drużyna ma szpony, które potrafią zranić, tylko musi zacząć je właściwie używać. I wskoczyć na właściwy tor.

Autor | Radosław Sikora