Stało się. Piąta edycja najbardziej amerykańskiego festiwalu filmowego w Polsce dobiegła końca. Aż trudno w to uwierzyć – wydaje się, że raptem wczoraj czytałem pierwsze zajawki programowe, że może kilka dni temu ogłoszono program festiwalu ze wszystkimi jego mocnymi punktami. Jednak – zgodnie z amerykańskim bądź co bądź powiedzeniem – time flies when you’re having fun, sześć wypełnionych seansami dni błyskawicznie minęło i nastał czas podsumowań 5 edycji American Film Festival. I oczekiwania na kolejną edycję.

Mogę czuć się prorokiem, bo w pierwszej części relacji z AFF pisałem o tym, że „Obvious Child” Gillian Robespierre może okazać się hitem festiwalu. Tak też się stało – szeroko dyskutowana komedia, posługująca się prześmiewczą konwencją do mówienia o wciąż kontrowersyjnym zagadnieniu aborcji, w cuglach wygrała sekcję Spectrum, zdobywając serca widzów-jurorów. W filmie Robespierre – pozornie zaciekle feministycznym – dostrzec można przede wszystkim zrozumienie dla dylematu, przed jakim staje główna bohaterka, jednak reżyserka subtelnie obśmiewa też ekstremistyczne bojowniczki, takie jak najlepsza przyjaciółka Donny. Choć „Obvious Child” broni kobiecego prawa do naprawienia błędu jednej nocy, punktuje niedorzeczności ultrafeministycznej postawy, będąc miłą odmianą w kobiecym dyskursie o… kobietach właśnie.

Zwycięski film sekcji Spectrum w lekki sposób opowiada o poważnym problemie i ta właściwość łączy go z dziełem, które okazało się najlepsze w konkursie dokumentalnym. Na „Po prostu życie” czekałem z niecierpliwością, choć nie jestem największym spośród znawców twórczości Rogera Eberta. Wiedziałem jednak o nim na tyle dużo, by wiedzieć, że był postacią nietuzinkową, a o takich właśnie chcemy oglądać filmy. Obraz Steve’a Jamesa tonacją nieco przypomina „Obvious Child” – choć bohaterem dokumentu jest zmarły w 2013 r. legendarny krytyk, jest on daleki od formy bezrefleksyjnego peanu. Przyjaciele Eberta – a także on sam w wypowiedziach archiwalnych – nie uciekają od prawdy, mówiąc o zamiłowaniu zdobywcy Pulitzera do alkoholu i mało urodziwych kobiet, a także o chorobliwej ambicji i niechęci do wieloletniego telewizyjnego partnera, Gene’a Siskela. Na ekranie powstaje portret genialnego krytyka, ale też człowieka niepozbawionego – jak my wszyscy – uciążliwych wad.

Szkoda, że w sekcji Spectrum przepadła znakomicie napisana, zrealizowana i zagrana „Pustynna katedra” Travisa Gutiérreza Sengera, inspirowana smutną historią agenta nieruchomości, który pewnego dnia decyduje się uciec od problemów i odebrać sobie życie gdzieś na pustyni w Nevadzie. Oszczędny w formie, ale jednocześnie angażujący widza bez reszty. Prosta intryga, umiejętnie dawkowana, okazuje się gorzkim komentarzem na temat amerykańskiego prosperity lat 90-tych. Travis Gutiérrez Senger to reżyser, któremu na pewno warto się przyjrzeć – podobnie jak kilkunastu, jeśli nie kilkudziesięciu innym, których debiuty lub drugie filmy gościły na tegorocznej edycji.

Kilka lat temu Roman Gutek i jego utalentowani współpracownicy uznali, że Nowe Horyzonty nie wystarczą, by zaspokoić filmowe apetyty wrocławian. Mieli rację – obie imprezy, za którymi stoi Stowarzyszenie Nowe Horyzonty, cieszą się ogromną popularnością. I choć American Film Festival rozmiarem i rangą nie może porównywać się ze sponsorowaną przez T-Mobile imprezą, już dziś jest bardzo ważnym wydarzeniem w kulturalnym kalendarzu Wrocławia – a będzie tylko lepiej!

Autor | Dawid Myśliwiec
Zdjęcie | BTW photographers Maziarz/Rajter

aff_logo