500 plus królikom nie pomoże

Ponoć pieniądze ze sztandarowego programu partii rządzącej 500+ poszły przede wszystkim na używane samochody oraz na sprzęt AGD i RTV. Nie, nie zamierzam pomstować na współobywateli, którzy zamiast na LEGO wydali pieniądze na telewizory. Władza sama ich do tego zachęciła.

Posiadanie lub nieposiadanie dzieci, tudzież posiadanie pewnej ich liczby, za małej zdaniem jednych, za dużej zdaniem drugich, jest od lat wyjątkowo gorącym tematem. Ekonomiści pomstują, że jak nie zaczniemy się mnożyć z rozmachem i po króliczemu, to system emerytalny padnie, jak zajechana kobyła. W tym rozumowaniu zawsze zastanawia mnie jedno: skąd mają pewność, że te dzieci będą miały pracę umożliwiającą utrzymanie siebie i jeszcze poprzedniego pokolenia? Są też tacy, którzy gardłują o tradycyjnej rodzinie, w której to rumiane i tłuściutkie bobaski w liczbie pięciu i więcej ganiały się dookoła stołu kuchennego, niedowierzając swemu szczęściu, jakim jest urodzenie się w gęsto zaludnionym domu. No właśnie. Ponoć w Polsce średnio przypada na osobę 27 metrów kwadratowych powierzchni mieszkalnej. Ale osobiście mam wrażenie, że jest to jak ze średnimi zarobkami w korporacji, niby średnio zarabia się tam osiem tysięcy, skoro dyrektor bierze 15, a sprzątaczka tysiąc.  Co jakiś czas powtarza się też pomysł tzw. bykowego, czyli specjalnego podatku dla osób bezdzietnych, co jest już projektem bardziej niż kuriozalnym. Jeżeli przyjrzeć się tej całej debacie na najniższym, najbardziej prymitywnym poziomie, to można odnieść żenujące wrażenie, że to gwałciciele stoją na pierwszej linii walki o wysoką dzietność, a te wredne, niewdzięczne baby nic innego by nie robiły, tylko abortowały te siłą wywalczone płody.

Powiem szczerze – zniesmacza mnie cała ta debata. Zarówno rozkminianie kto i na co wydał przyznane mu przez państwo pieniądze, bo nie wiem jak wy, ale ja nie przyznaję nikomu prawa do ingerowania w moje decyzje finansowe i dlatego sama nie zamierzam ingerować w decyzje innych. Bo może dla kogoś ten samochód z 500+ to możliwość dowiezienia dzieci do szkoły i na zajęcia pozalekcyjne, a mikrofalówka sprawi, że czekające na rodziców dzieciaki chociaż zupę sobie odgrzeją. A nawet jeśli tak nie będzie, to wciąż nic mi do tego. Nie uważam też, że komukolwiek wolno oceniać decyzję kobiety o usunięciu płodu z wadą letalną, czy też takiego pochodzącego z gwałtu. Rozwieszanie plakatów krzyczących o mordowaniu nienarodzonych dzieci, które niby mają pokazywać wielką wrażliwość proliferów, tak naprawdę wskazuje na ich praktycznie chorobliwy brak empatii. Bo normalny człowiek z prawidłowo funkcjonującymi neuronami lustrzanymi rozumie, że decyzja o aborcji należy do skrajnie trudnych;  rozumie, że widok zakrwawionego płodu wywołuje silne negatywne emocje i zwyczajnie nie igra z uczuciami drugiego człowieka. Igra z nimi tylko psychopata i to dlatego, że sam jest ich pozbawiony.

W moim odczuciu ingerowanie w dzietność dorosłych ludzi stoi w sprzeczności z naszym prawem do podejmowania samodzielnych decyzji. Bo posiadanie dzieci to ogromne wyzwanie, które mogę przyrównać do wspinaczki górskiej. Są ludzie, którzy wejdą na K2 czy inny ośmiotysięcznik, są tacy, którzy poradzą sobie z Mount Blanc i inni, dla których Rysy to szczyt możliwości. A znam też takich, którzy dotrą co najwyżej do Morskiego Oka. Powinniśmy ich zmuszać, by weszli na K2? Może zamiast pomstować nad wyimaginowanymi dziećmi, skupmy się nieco na tych, które żyją? Na tych, które płaczą za ścianą, bo tata miał zły dzień, więc rozładował się na dwulatku; na tych, które zachłannie patrzą na czekoladę w sklepie, bo mama zamiast na słodycze musi mieć na piwo. Te realne, namacalne i pełne emocji dzieci naprawdę wymagają naszej uwagi i pomocy. Problem w tym, że łatwiej bić się o sprawy abstrakcyjne, niż nieść realną pomoc realnym ludziom.


Autor: Ewelina Zambrzycka-Kościelnicka