Agnieszka Chamioło: I tylko Golloba mi żal…

Z balonami tak już jest, że im bardziej się je pompuje tym głośniej pękają. Od wielu lat już tak mam, że jak się do mnie o czymś mówi cały czas to całkiem świadomie odpuszczam ten temat.

Tak samo było z Małyszomanią kiedy to przestałam kochać skoki, nie wiem kto to Marit Bjørgen bo Kowalczykomania skutecznie wyleczyła mnie z oglądania biegaczek. Tak więc ani przez sekundę nie jarałam się Grand Prix na Narodowym. Co więcej pewna byłam, że po raz kolejny trafi się tam fatum „odsłoniętego dachu”, nie połamałam sobie paznokci w biegu o tanie bilety, nie płakałam nad brakiem akredytacji, bo się o nią nie starałam. Po piątkowym, odwołanym treningu nabrałam pewności, że moje typowania są słuszne i dodatkowo zagrałam w totka, skoro już taka przewidywalna jestem.

W sobotę o 19:00 na wprost ekranu rozstawiłam deskę do prasowania, aby zapewnić sobie tło wizualne i dźwiękowe na czas najbardziej nielubianej czynności.

No i udało się! Wreszcie wyprasowałam wszystko, co leżało na najgłębszym  dnie szafy. W momencie kiedy zamierzałam w ramach pomocy sąsiedzkiej zaproponować sąsiadowi prasowanie koszul ktoś przerwał tą nierówną walkę. W połowie dywagacji jakie miały miejsce na Narodowym odprasowałam kilka chusteczek, które od biedy mogą służyć jako chorągiewki jakby trzeba było wrócić do tego sposobu startowanie. Na szczęście dla mojego zapędu /prasowanie koszul sąsiadowi było już przegięciem/  ktoś stwierdził, ze czas skończyć.

Na koniec zaserwowano widzom, tym bardziej cierpliwym pożegnanie Tomka Golloba z cyklem Grand Prix i tu już nawet żelazko nie pomogło. Moja milość do T.G to istna sinusoida, sama już nie wiem czy polskiego mistrza kocham czy nienawidzę, niemniej jednak uważam, że należało mu się godne pożegnanie. Ta runda po Narodowym mimo, że w pięknej przyjacielskiej atmosferze, uściskach, podrzutach i złotym kasku, który nasz mistrz dzierżył, to na pewno nie to na co zasłużył. Mam żal do tych, którzy wyszli, mam żal do tych, którzy profesjonalizmu powinni uczyć się od chłopców, którzy bawią się w podwórkowe ligi speedrowera.

Tomasza Golloba, jednego z najwybitniejszych polskich zawodników, który kawał życia i zdrowia zainwestował w to aby sprawiać nam radość w międzynarodowych walkach o mistrzostwo świata, który wreszcie po 27 lat indywidualne zwycięstwo dla Polski przywiózł powinien żegnać na stojąco cały stadion.

I na koniec cytat ze wspomnianej na wstępie Justyny Kowalczyk: „Wali mnie tor. Wali mnie taśma startowa. Nie znam się. Ale nie wali mnie to, że 70% kibiców opuściło stadion 2 minuty przed pożegnaniem Golloba”.

Tak więc drodzy kibice walczący o wejściówki i Wy przypadkowi widzowie Mnie też to nie wali…

Autor | Agnieszka Chamioło

PODZIEL SIĘ
Poprzedni artykułRadosław Sikora: Witaj klubie 27
Następny artykułPiotr Zarzycki: Rower we Wrocławiu
Żyjemy we Wrocławiu i patrzymy na świat z perspektywy naszego miasta. A Dzielnice są różne jak tylko różne mogą być. Nader często można odwiedzić nasze wrocławskie dzielnice kultury czy sportu, ze szczególnym uwzględnieniem teatru, filmu czy Śląska.