Pracując jako taksówkarz nierzadko spędzam za kółkiem kilkanaście godzin dziennie. Niestety taki charakter tego zawodu – chcesz zarobić, to musisz zapiep..ć. Chciałem odpocząć do jazdy, więc wybrałem się na mecz wyjazdowy do Brugii. Niestety…jako kierowca.

Chyba wszyscy, począwszy od kibiców, poprzez piłkarzy i sztab szkoleniowy, a kończąc na dziennikarzach belgijskich skazywali Śląsk na pożarcie różnicą minimum czterech bramek. Jakież było ich zdziwienie, gdy Waldemar Sobota zamknął wszystkim usta. Wszystkim za wyjątkiem półtora tysiąca osób chorych na Śląsk, które wybrały się do Brugii wspierać ukochaną drużynę.

O meczu może później, skupię się na jeździe. Ten felieton zatem nie będzie typowo sportowy, ale czasem trzeba sobie zrobić odskocznię od normalności *. Wyruszyliśmy w środę wieczorem, do granicy niemieckiej nie było daleko, więc ta część podróży szła całkiem sprawnie. Już po drugiej stronie Odry dało się odczuć jakość dróg. Przede wszystkim nie było łaty na łacie, czyli drogi nie były posmarkane jak u nas. Na pierwszym parkingu autostradowym polscy kierowcy TIRów życzyli nam powodzenia. Mimo że byli ze Szczecina i kibicowali (sympatyzowali) Pogoni, to mieli nadzieję, że Śląsk wyeliminuje Brugię z Ligi Europy. Gdybyśmy wiedzieli, że będą mieli rację, to spytalibyśmy o numery kolejnego losowania lotto.

Z samego rana dotarliśmy do Amsterdamu, gdzie obowiązkowym punktem naszej wycieczki miała być sportowa wizytówka tego miasta – Amsterdam Arena. Niestety nasz bolid był za wysoki i nie było możliwości znaleźć parkingu odpowiedniego dla naszego środka lokomocji. W końcu zauważyliśmy jakiś placyk bez żadnego ciecia ani szlabanu. Zaparkowaliśmy i poszliśmy spróbować zobaczyć  stadion. Z każdej strony zamknięty, a cena 9 euro za wizytę skutecznie nas zniechęciła do zwiedzenia obiektu.

Po krótkim namyśle udaliśmy się do centrum. Obowiązkowy punkt programu – Dzielnica Czerwonych Latarni. Pierwszy raz widziałem, aby dziwka stała na wystawie w sklepie i nakłaniała człowieka bezczelnie do stosunku. Jedna nawet machała do nas z odległości 100 metrów, tak była zdesperowana żeby zarobić. Niektórzy z naszej wycieczki zapalili „śmiesznego papieroska”, bo w Holandii możesz to zrobić legalnie i poszliśmy jeszcze połazić i poszukać pamiątek.

Weszliśmy do pierwszego sklepu z pamiątkami i…prawie się porzygałem. Wiem, brzmi to brutalnie, ale prawie zwróciłem pokarm. Patrzę na pocztówkę, a na niej w najlepsze liże się dwóch pedałów. Wiem, że jest teraz wszelkiego rodzaju poprawność polityczna i mówienie, że multi-kulti, jest okej, ale – możecie mówić o mnie co chcecie – ja nie jestem tolerancyjny i wszystkie części rowerowe najchętniej wysłałbym na jakąś wyspę bez możliwości powrotu**

Co zwróciło moją uwagę w Amsterdamie? Rowery. Nie było ich sześć. Nie było ich sześćdziesiąt, nie było ich sześćset. Ich było przepraszam za wyrażenie PIERDYLIARD. Nigdy w życiu nie widziałem tyle jednośladów. Do tej pory nie mogę wyjść z podziwu ile osób jeździ tam na rowerach. Dotychczas widziałem to tylko w telewizji, ale efekt jest odczuwalny dopiero „na żywo”.

Cholernie zniesmaczeni wróciliśmy do auta i wyruszyliśmy do Belgii. Dotarliśmy do Oostende, gdzie zwizytowaliśmy plażę, po czym pojechaliśmy do Brugii, w której po spotkaniu znajomych oczekiwaliśmy na wejście na stadion i mecz, który był poprzedzony wizytacją w pobliskim (15 minut drogi) sklepie. Miejscowi kibice byli dziwnie przyjaźni, wszędzie leciały z ich ust „good luck” i inne podobne teksty, ale oni byli zbyt pewni siebie. W podświadomości czułem, że Śląsk awansuje. Obstawiałem 1-0 dla nas i po bramce Soboty wiedziałem już, że awans jest nasz.

Na stadionie było słychać tylko nas – niestety w Brugii obserwowaliśmy po stronie gospodarzy tzw. modern football, a po odpaleniu rac 75% widzów zaczęło przeraźliwie gwizdać. Gospodarze próbowali coś pośpiewać po bramce na 1-1, ale szybki cios w wykonaniu Paixao skutecznie ich uciszył, a przy kolejnej bramce Soboty kibice Club Brugge masowo zaczęli opuszczać stadion. Było warto? Mogli poczekać i zobaczyć 2 gole swoich ulubieńców, bo Śląsk odpuścił końcówkę, ale kibicem sukcesu może być teraz każdy.

Doping Śląska bardzo dobry. Nieskromnie mówiąc chyba jeden z najlepszych w ostatnim czasie. Po meczu jeszcze tylko 12 godzin i byliśmy w domu. 2400 km, z czego za kółkiem jakaś połowa. Czułem się zajechany jak koń po westernie, ale było naprawdę warto.

Miało nie być o sporcie, a jednak było. Od tego nie da się uciec. Teraz Sewilla. Damy radę?

 

Autor: Aleksander Janik

 

* – osoby chore na piłkę nie są normalne, stąd właśnie ta gwiazdka

** – chciałem napisać coś innego, ale tu właśnie jest poprawność polityczna, nienawidzę homosiów.

PODZIEL SIĘ
Poprzedni artykułŚrodowa Sabina Misakiewicz: Bez zupy ani rusz
Następny artykułJeszcze dwa tygodnie do energetycznego kongresu
Żyjemy we Wrocławiu i patrzymy na świat z perspektywy naszego miasta. A Dzielnice są różne jak tylko różne mogą być. Nader często można odwiedzić nasze wrocławskie dzielnice kultury czy sportu, ze szczególnym uwzględnieniem teatru, filmu czy Śląska.