„Amadeusz” [RECENZJA]

„Amadeusz” w reżyserii Marty Streker i Bartosza Porczyka, to w sposób zabawny przedstawiona opowieść o miłości, zawiści i występku. O miłości do muzyki i samego siebie. Historia sprzed setek lat, a jakże aktualna w dzisiejszym zakłamanym świecie.

„Amadeusza” Petera Shaffera brali na warsztat wielcy wizjonerzy teatru i kina. Można wspomnieć choćby Milosza Formana i Romana Polańskiego. Sam dramat cieszy się ogromną sławą na scenach całego świata. W minionym tygodniu miał „Amadeusz” swą premierę na dużej scenie Teatru Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej we Wrocławiu. Ciekawe, że akurat tę sztukę wybrano na dyplom studentów IV roku Wydziału Lalkarskiego. Dlaczego ciekawe? Otóż Bartosz Porczyk sam debiutował w jednej z realizacji tekstu angielskiego dramaturga. Teraz, kilkanaście lat od tamtego „Amadeusza” dał szansę i sobie, i młodym aktorom, na zgoła inną niż tamta, inscenizację.

Historia Mozarta na dworze cesarza Józefa II opowiedziana jest z perspektywy nadwornego, mało błyskotliwego kompozytora o nazwisku Salieri. Mozart, dotknięty geniuszem spędza mu sen z powiek i popycha do najokrutniejszych występków. Amadeo, jest co prawda lekki w obyciu i języku ale nie do podrobienia w swoich dziełach muzycznych, o czym ulubieniec dworu doskonale wie i z całego serca mu zazdrości. Koniec jest smutny, acz oczywisty. Zło bierze górę nad dobrem. Niestety. Spektakl poza świetnie skrojoną opowieścią ma drugie dno. Cała zawiść i podłość Salieriego jest przełożeniem na tu, teraz i za chwilę wrocławskich studentów. Każdy z nich po przepuszczeniu przez siebie tekstu Shaffera, doskonale zdaje sobie sprawę, że być może i jemu czy i jej przydarzy się tak podły konkurent w przyszłej drodze do sukcesu, spełnienia artystycznego czy sławy.

Duet Streker/Porczyk ciekawie rozłożyli trzy główne role Salieriego, Mozarata i jego żony Konstancji na czternaście osób. Konstancję gra siedem aktorek:  Paulina Wolińska, Elżbieta Mielnik, Magdalena Tabor, Anna Andrzejewska, Malwina Czekaj, Klaudia Cygoń, Dorota Wodzień. Salieriego czterech aktorów: Jerzy Górski, Jakub Grębski, Paweł Majchrowski i Maciej Rabski. Mozarta zaś aktorów trzech: Paweł Kuźma, Adam Pietrzak i Przemysław Furdak. Wszyscy są różni i fizycznie i emocjonalnie. Każdy ma w swojej kreacji co innego do zaproponowania. Gesty, mimika, ciało, które jest żywym instrumentem, wszystko ich różni. A oni i one wszystko potrafią. Można powiedzieć, że są świetnie wyszkoloną mini armią prowadzoną przez znakomitych dowódców. Bo zarówno Bartosz Porczyk, jak i Marta Streker współsprawczyni tego wydarzenia, dali pełną moc swoim podopiecznym w postaci mądrych i ciekawych rozwiązań scenicznych. Dali im szansę na zaprezentowanie się z jak najlepszej strony. A młodzi aktorzy przekonali mnie, że umieją tańczyć, śpiewać, animować lalki i są bardzo sugestywni w dramatycznych kreacjach. Skromna, acz przemyślana scenografia nie odwraca uwagi od zadań aktorskich. Cała uwaga spływa na nich.

Nie ma tu zbyt wielu nut. Nie ma gwiazd. Nie ma głównych ról. Nie ma popisów. Wszyscy tworzą jeden żywy organizm. Doskonale się rozumieją i grają na sukces ogółu. To pokazuje, jak rozsądnie byli prowadzeni w próbach i zapewne przez cały tok nauki w Alma Mater. Wpojono im widać, że blask fleszy i sława przemijają, a pozostaje miłość do sceny i wiedza. Urzekli mnie. Oczarowali. Czułam ich emocje. Śmiałam się, ale też kilkakrotnie wzruszałam. Oglądałam spektakl widząc młodych gotowych do drogi aktorów. Artystów, którzy lada moment wylecą spod skrzydeł kwoki szkoły i pójdą zarabiać na chleb swoim talentem. A mają go sporo. Jednak żeby nie było tak całkiem cukierkowo, to na koniec muszę dodać łyżkę dziegciu. Nie zdradzając zupełnie rozwiązania spektaklu powiem tak: przepiękny, dramatyczny, rozdzierający serce finałowy krzyk stary pierdoła nakrył chustką do nosa. Zupełnie niepotrzebnie. Dwa grzyby do barszczu, to za wiele.

Autor | Sabina Misakiewicz
Zdjęcie | BTW photgoraphers Maziarz/Rajter

 

GALERIA ZE SPEKTAKLU >