To wydarzenie było czymś więcej niż tradycyjnym Czytaniem w Teatrze Polskim. Transgresja na wielu płaszczyznach. Przejmująca. Przenikająca. Czasem wręcz doskwierająca. Musieliśmy o tym porozmawiać.

Anka Herbut
Anka Herbut
Oskar Sadowski
Oskar Sadowski

*

Za nami wstrząsające „120 dni Sodomy” w Teatrze Polskim. Oglądała je pełna sala widzów. Jest szansa, że ci, którzy nie widzieli tego spektaklu będą mieli jeszcze na to  szansę?

ANKA HERBUT: – Nie wiadomo. Mamy nadzieję, że dostaniemy szansę by jeszcze nad tym czytaniem popracować. Zobaczymy, jak to się będzie rozwijać.

OSKAR SADOWSKI: – Myślimy o przeniesieniu czytania w inną przestrzeń, na inną scenę. Chcemy wprowadzić parę zmian, ale to wszystko zależy od możliwości teatru.

Kiedy te Wasze „120 dni Sodomy” zaczęły się rozwijać, rodzić w głowach, żeby powstał właśnie taki projekt?

ANKA HERBUT: – To jest autorski projekt Oskara Sadowskiego. Oskar wymyślił sobie ten wirtualny świat „120 dni Sodomy” parę miesięcy temu. Kiedy pracował nad adaptacją, tak naprawdę nie wiedział jeszcze, czy będzie miała szanse gdziekolwiek zaistnieć. Warto też podkreślić, że ten projekt w prostej linii wynika z wrażliwości reżysera tego czytania. Oczywiście, była też duża grupa realizatorów, ale autorem tego świata jest Oskar. I właściwie pomysły inscenizacyjne i takie renegocjowanie sensów wpisanych w film Pasoliniego i książkę de Sade są wynikiem właśnie jego wrażliwości. Ominęliśmy celowo temat włoskiego i niemieckiego faszyzmu, a także temat Boga, na którego miejsca akurat w tym świecie nie znaleźliśmy. Chcieliśmy raczej zadać pytanie o bliskość człowieka z drugim człowiekiem.

OSKAR SADOWSKI: – Punktem wyjścia do myślenia o przeniesieniu „120 dni Sodomy” na scenę, było spostrzeżenie, że w świecie wirtualnym oraz u de Sade’a i Pasoliniego relacjami międzyludzkimi rządzą podobne mechanizmy. Z jednej strony chodzi tu o temat transgresji i wolności, jaką daję nam internet – z drugiej o zniewolenie i pewien rodzaj uzależnienia. Należę do pokolenia, które wychowywało się już z internetem i swoją seksualność poznawałem przez strony pornograficzne. Zresztą, podobnie jak większość moich rówieśników. Wirtualna opresja odbiera młodym ludziom prawo do seksualnego samopoznania przez atakowanie pornograficznymi materiałami. Tak jak u Sade’a jest to pewien rodzaj gwałtu na osobowości młodego człowieka, wpływa to wszystko na kształtowanie się jego wrażliwości. I to było podstawowym impulsem do podjęcia tej pracy.

Jak Ty się poczułaś, gdy zostałaś zaproszona do świata, który już istniał? Nagle musiałaś się w niego wpisać. Czy ten świat stał się bardziej Twój, czy buntowałaś się przeciwko niemu?

ANKA HERBUT: – Trochę się buntowałam, ale poszliśmy wszyscy za tym pomysłem. On miał atrakcyjną, wysoką temperaturę, więc może dlatego nas pozarażał. To jest świat, o którym potrzebę opowiadania miał Oskar i my poszliśmy za jego marzeniem. Oskar czyta ten tekst  przepuszczając go przez siebie i przez własną biografię. To świat, o którym się opowiada językiem bardzo dosadnym, ktoś mógłby powiedzieć, że wulgarnym. Na facebooku pojawił na przykład taki wpis, że to bardzo wulgarny język bez żadnego celu. Ale to jest przecież też język bardzo techniczny, zwyczajnie opisujący pewne zwyczaje i czynności ludzkie, więc nie wiem czy on jest tak bardzo wulgarny. W filmie było tego więcej, bo tam był dodatkowo obraz. Oczywiście, dzieliły nas podczas pracy pewne kwestie, ale z tych różnic mogliśmy się dużo dowiedzieć o sobie nawzajem i o świecie, w którym żyjemy, bo się nagle okazywało, że dla mnie świat wygląda zupełnie inaczej niż dla Oskara. I choćby samo to było już ciekawym wynikiem tego spotkania.

Dla kogo w takim razie przygotowane było to czytanie „120 dni Sodomy”, dla młodych ludzi, ludzi w średnim wieku, żeby zderzali się z różnymi światami czy dla tych, którzy pamiętają Pasoliniego?

ANKA HERBUT: – Myślę, że to jest projekt, który mogą oglądać młodzi ludzie ze względu na estetykę i język, po które sięgnęliśmy. Bo to nie było klasyczne czytanie, w którym aktor siedzi, a widownia go słucha. Używaliśmy wideo czy sporej ilości elektronicznych soundscape’ów Bogumiła Misali. Tekst też został poszatkowany. Wydaje mi się, że jest to estetyka bliższa naszej wrażliwości. Choć nie zamykałabym się też na starszych widzów, tylko sądząc po osobach, które wyszły z czytania, to może być trudne do zaakceptowania właśnie ze względu na przyzwyczajenia do tego, o czym można mówić, a o czym nie. I tu pojawia się też kwestia wolności, o której chcieliśmy w tym spektaklu powiedzieć. O czym nam wolno ze sceny mówić i czy wolno używać takich słów czy innych i jakie tematy wolno nam powoływać. Bo jedno to jest seksualność, która została powołana do życia na tej scenie, a drugie to przemoc, która tam była się uobecniła. Przemoc u Pasoliniego wiązała się z określonym momentem historycznym, z faszyzmem, u nas została trochę przenicowana na relacje międzyludzkie i na praktyki BDSM. Seksualność nie funkcjonuje już w stadium ukrytym, ale przewala się przez nasze biografie dzień i noc, więc po taki świat sięgnęliśmy i nie wiem do końca czy wolno nam było czy nie. To też było pytanie skierowane do nas samych, kiedy pracowaliśmy nad czytaniem.

OSKAR SADOWSKI: – Nie robiliśmy „120 dni…” myśląc o konkretnej grupie wiekowej, skupialiśmy bardziej na tym co chcemy przekazać i w jaki sposób pokazać świat, o którym opowiadamy.  Przed czytaniem na foyer zauważyłem dużo młodych par, cieszy mnie fakt, że na randkę wybrali moje czytanie.

Gdybyście mieli w jednym zdaniu określić, co w Was zostało po „120 dniach Sodomy”, to, co by to było?

ANKA HERBUT: – Na pewno został przesyt światem, o którym Pasolini w tym filmie mówi. To znaczy, kiedy się tak dużo przebywa w czerwonym pokoju, to się już nie chce później oglądać czerwonego. Kiedy się dostaje combo seksualności utrzymanej w tak wysokich rejestrach i zabarwionej w dużej mierze przemocą, to rodzi się sprzeciw wobec takiego świata. A druga rzecz, która została, to to, o czym Oskar tak naprawdę chciał powiedzieć: o jakiejś potrzebie miłości, o której zresztą zaśpiewała Anka Gorajska w swoim performansie z czekoladą, czyli „Na pomoc ginącej miłości”. I o to w tym chodziło. Biorąc pod uwagę, o czym Pasolini opowiadał w filmie i o czym chciał opowiedzieć Oskar w czytaniu, to jest to duża zmiana. We mnie została ta droga, która przeszliśmy od punktu wyjścia do efektu końcowego. I stąd też zmiana w samej końcówce czytania, która z myśli o śmierci czy przemocy, przerodziła się w myśl o potrzebie miłości, tłamszonej przez niepisane zasady życia społecznego.

OSKAR SADOWSKI: – Ale mimo tego, co powiedziała Anka, czuję, że tylko dotknęliśmy tematów o których chcemy powiedzieć. Podczas prób aktorzy i twórcy byli bardzo zaangażowani w kreowany przez nas świat. Uważam, że „120 dni…” jest świetnym materiałem do dalszych poszukiwań i szkoda byłoby zmarnować ten potencjał.

Rozmawiał | Daniel E. Groszewski
Zdjęcia | arch. AH i OS