„Armine, Sister” [RECENZJA]

Teatr ZAR po raz kolejny daje wyraz temu, że poza słowem w teatrze ważna jest muzyka i emocje. W „Armine, Sister” emocje oparte są na tragicznych doświadczeniach narodu, na jego pamięci. To ta pamięć prowadzi nas przez historię, o której mówić nie wolno było bardzo długo, którą skazano na zapomnienie – pisze Sabina Misakiewicz.

Historia mordu na Ormianach mająca miejsce na początku XX wieku stała się przyczynkiem do powstania spektaklu przejmującego i istotnego. Jest głosem, który powinien być usłyszany na całym świecie. By nadać temu głosowi sens, Jarosław Fret – reżyser spektaklu – wraz z zespołem dotarł do miejsc, w których duch Ormian i ich tragedia pozostała żywa. Praca nad spektaklem trwała blisko trzy lata, a premiera odbyła się w listopadzie 2013 roku. Do pracy nad spektaklem „Armine, Sister”, Teatr Zar zaprosił śpiewaków z Armenii, Iranu i Kurdystanu. Wśród nich znalazł się Aram Kerovpyan, który jest kantorem w ormiańskiej katedrze w Paryżu. Przygotowywał pod względem wokalnym zespół ZARu, a także czuwa nad wykonaniem ormiańskiej muzyki liturgicznej. To muzyka jest osią spektaklu i narratorem. Nie ma linearnej fabuły. Sceny to klisze starych zdjęć, które nabierają znaczeń, dopiero gdy patrzy się na nie pod światło.

Gdyby zamknąć oczy i pójść za śpiewem i dźwiękami wyobraźnia sama kreowałaby adekwatne obrazy. Artyści bowiem muzyką, gestem i dźwiękiem opowiadają o piekle narodu, który został zmieciony na proch przez swoich sąsiadów. Oczywiste podobieństwo z naszym Wołyniem nasuwa się samo. Układa się w głowie tragedia za tragedią, bezsensowne śmierci tysięcy ludzi. Przez prawie dwie godziny spektaklu nie pada ani jedno słowo poza tymi, które są wyśpiewane, poza tymi, które są wypłakane, które wibrują w głosach aktorów i śpiewaków. Ale to nie słowa są tu ważne.

Scena we wrocławskiej Starej Piekarni wygląda jak świątynia. Atmosfera jest tak gęsta, że trudno oddychać. Pachnie ziemią i kadzidłem. Monumentalne kolumny ustawiono w czterech rzędach po cztery. Wokół nich krzątają się aktorzy ubrani w czarne koszule, czarne spodnie. Aktorki w czarnych sukienkach wykonują ciągi podobnych mechanicznych ruchów. Nie sposób dostrzec wszystko, co dzieje się między kolumnami. Ciekawość sprawia, że chciałoby się być jednocześnie wszędzie. Kolumny  opasane są metalowymi obręczami, jak kajdanami i połączone metalowymi prętami tworząc pewnego rodzaju system, wokół którego aktorzy poruszają się. W trakcie spektaklu mężczyźni dekonstruują tę świątynię. Jest to metafora na rozkład relacji międzyludzkich, na upadek i zniszczenie. Wszystko,  co stanowi scenografię spektaklu jest przenoszone z miejsca na miejsce w odpowiedni sposób nadający ogromnego znaczenia każdej scenicznej sytuacji. Upadające wielokrotnie drzwi, przeciągane z miejsca na miejsce łóżko, rumor metalowych sprzętów, stukot ciężkich butów. Dźwięki są częścią wydarzeń, każde uderzenie metalu o metal, pięści o drewniane drzwi czy skórzanego pasa o beton jest przerażające. Nikłe światła reflektorów, płomień zapalniczki czy iskierka wydobywająca się z trybularza stanowią nierozerwalną istotę wydarzeń. Oświetlają to twarz katowanej kobiety, to ciało w konwulsjach. Wydobywają okrucieństwo i bezsilność. Snują  się po scenie jak czerwona nić niczym wyrwane z ludzkich trzewi mięso. Sceny  płynnie się przenikają. Są jak kadry z filmów nakładających się na siebie. Jedna tragedia przykrywa drugą, jedna zgwałcona kobieta opłakuje następną. Jeden łomot do drzwi przypomina te, które już były i zwiastuje następne. Najgorsze jest to, że ulga przychodzi dopiero w momencie śmierci, że nie ma się poczucia, iż ta ulga mogłaby nastąpić wcześniej. Przepięknie przeplatające się głosy ludzkie z innymi dźwiękami powstałymi na scenie dają głęboki i bolesny obraz tamtej tragedii. „Armine, Sister” ukazuje tytaniczną pracę całego zespołu ZAR w drodze do realzacj projektu, jak i w czasie trwania spektaklu. Niestety sceniczny świat rozpada się. Rozpadają się kolumny świątyni, które trzymały w ładzie to miejsce. Rozpadają się serca i umysły kobiet i mężczyzn,  rozpadają się nadzieje, na to że jutro może być lepiej. Tam, dla wielu jutro nie przyszło. Dźwięk wysypującego się z rozłupanych kolumn piasku jest przenikający. Ten piach przykrywa ból i bezradność, gniew i żal, smutek i strach. Zasypuje groby umarłych. Zasypuje nadzieję.

Zostaję po spektaklu z ogromną pustką. Z bólem zadanym tępym narzędziem. Zostaję z obrazem, który multiplikuje się w mojej głowie bez końca. Nawet nie umiałam klaskać. Nie umiałam wyjść. Chciałam zostać i patrzeć. Dowiedzieć się co dalej? Kto to posprząta? Jak będzie wyglądało życie?

Jestem pod wrażeniem ogromnym i bolesnym.

Autor | Sabina Misakiewicz

26.10.2016

  • Zdjęcie | Maciej Zakrzewski / Olimpiada Teatralna