„Bahamut” w reżyserii Wojciecha Kościelniaka to przedstawienie dyplomowe studentów IV roku Wydziału Aktorskiego wrocławskiej filii AST. Można by rzec jedno z najważniejszych dla początkujących aktorów. 

„Duma i uprzedzenie” Jane Austen dała podstawę do powstania dość nowatorskiego pomysłu na spektakl dyplomowy w AST. W oparciu o losy jej bohaterów, idee i problematykę autorski scenariusz napisał Wojciech Kościelniak, niekwestionowany mistrz współczesnego musicalu. Raptem kilka tygodni temu na scenę wrocławskiego Capitolu powrócił jego Frankenstein i znów, po siedmioletniej przerwie, wypełnia salę po brzegi. Jest świeży, zabawny, świetnie zagrany. Z tej prostej przyczyny od znakomitego reżysera chce się kolejnego majstersztyku. Czeka się na kolejny dobry spektakl. Czas spędzony na oglądaniu „Bahamuta” był dla mnie właśnie czekaniem. Przez większą jego część coś mnie uwierało. A to jakby na siłę wsadzone w spektakl sceny tańca, a to zagrywająca się pijana pani Bennet – matka-sprzedwczyni Androidek (Aleksandra Borkoniuk), albo nagi zwierz-Bingley czy też iście rynsztokowy język rudowłosej Jane, który absolutnie nie współgrał z charakterem przemiłej dziewczyny z sąsiedztwa. Te zabiegi były już w teatrze, bo już w nim wszystko było. Był też już u Kościelniaka zjeżdżający z sufitu wieszak z sukienkami, zupełnie tu nie wykorzystany. Chciałabym wiedzieć, po co robi się takie rzeczy, które niewiele wnoszą. Jakiegoś logicznego wytłumaczenia konieczności ich zastosowania. Tak więc czekałam na to coś, co sprawia, że nie możemy oderwać oczu od postaci, wchodzimy „na stówę” w emocje.

Przedapokaliptyczna rzeczywistość wykreowana przez Kościelniaka jest zimna, fałszywa i sztuczna. Na jej tle wyłaniają się piękne androidki i kilkoro ludzi, którzy z powodów zanieczyszczeń środowiska, chorób i innych przeszkód skazani są na wyginięcie. Androidki są towarem luksusowym, nie każdego na nie stać. Są ładne, bezproblemowe, ich sztuczna inteligencja jest w stanie nawet nauczyć się naśladować emocje czy grać na instrumencie. Ludzie kupują je na żony. Mamy tu między innymi piękną Jane ( Martyna Bazychowska,), mądrą Elizabeth (Ewa Niemotko), Darciego (Bartłomiej Jabłoński) i Bingleya (Igor Tajchman). Trzon tej historii. Losy bohaterów są z góry przesądzone. Wieka literatura ma potężną siłę i odciska piętno na czytelnikach. A każdy, kto choć raz czytał bądź oglądał adaptację filmową „Dumy i uprzedzenia” kibicuje miłości i neguje wszelkie przejawy nadużywania władzy czy pozycji społecznej. Organicznie chcemy by miłość i dobro zwyciężało. Zatem cieszy moment, kiedy  czekanie okazuje się ważnym elementem tej teatralnej gry. Bo oto gdy już dostajemy to, na co czekaliśmy doceniamy te chwilę. I może nie zadrżała mi ziemia pod stopami, ale w końcowych scenach odczułam radość z wykorzystania talentu, jaki posiada Ewa Niemotko, sceniczna Elizabeth. Ta obiecująca młoda aktorka udowadnia na scenie, że oprócz pięknego ciała ma też warsztat, który umiejętnie szkolony pozwoli jej na sięganie po wielkie role. Warto też zwrócić uwagę na Michała Krzywdzińskiego grającego pastora. Jego efektowny monolog dodał tej produkcji lekkości.

Zapewne dyplomanci przeszli nie lada szkołę pod ręką Kościelniaka i wiele z tego spotkania wyniosą. Spektakl dyplomowy, to jednak miejsce, by reżyser zaprezentował najlepsze strony i umiejętności swoich aktorów. I tu przychodzi rozczarowanie. Pod wielką fabułą trochę zabrakło mu na to czasu. Reżyser zbyt powierzchownie zbudował relacje miedzy bohaterami bądź też nie poprowadził swoich aktorów tak, by dość wiarygodnie je ukazali. W konsekwencji spektakl obejrzałam niestety bez większego zachwytu. Nie odbieram jednak zdolności zespołowi, bo znam tych studentów z innych przedsięwzięć artystycznych i talentu im nie brak. Być może na swojego reżysera muszą jeszcze poczekać.


Autorka: Sabina Misakiewicz
Zdjęcie: Marek Maziarz