Premiera „Balladyny” w reżyserii Agnieszki Olsten w Teatrze Muzycznym Capitol to przedziwny performans. Porywająca tytułowa rola Agnieszki Kwietniewskiej zasługuje na szczególne brawa – pisze Sabina Misakiewicz.

Spektakl należy w całości do aktorki: Agnieszki Kwietniewskiej, o której reżyserka mówi, że jest „jej aktorką”.  Kwietniewska, na co dzień związana z Teatrem  Polskim, tym sprzed ery Morawskiego, na capitolowskiej Scenie Ciśnień wystąpiła gościnnie.

Propozycja Olsten jest nieoczywista. Odbiega od linearnej fabuły „Balladyny” Słowackiego na rzecz opowieści zlepionej z przemieszanych chronologicznie etiud. Dla mnie nie ma to wpływu na wysoki poziom spektaklu. Reżyserka zamyka bowiem na scenie kilkoro postaci w przedziwnej konstelacji, by ich używać. Jest Alina, która żyje, a nie żyje (Ewa Szlempo, po raz kolejny udowadnia, że coraz lepszą jest aktorką), Balladyna, zła do szpiku, jednakże budząca pozytywne konotacje. Jest „beztwarzy” Kirkor (Adrian Kąca, wciąż w doskonałej formie wokalnej), zakochany Grabiec (Konrad Imiela – znakomity!), krwawy Popiel (Artur Caturian, którego mi mało) i baśniowa Goplana (Justyna Antoniak, mimo znakomitego głosu potraktowana nieco po macoszemu) z galarety i mgły… Milczący Fon Kostryn (Błażej Wójcik, wspaniale milczący) z niemiecką cierpliwością skupiony nad budowaniem konstrukcji z drewnianych patyczków, jest i Chochlik (ponownie Caturian) w ciele psa.

Za sprawą scenografa Olafa Brzeskiego, który współpracuje z Agnieszką Olsten już nie pierwszy raz, (pamiętamy jego wspaniałą scenografię do Kotliny czy Końca świata w Breslau), widz znajduję się nieopodal nadpalonego pnia drzewa stojącego pośrodku sceny, dołu z mętną, gliniasta wodą oraz biurka i metalowych rur. Całość jest jakby polem bitwy, loftowo-industrialna, gdzie wciąż kręci się facet w roboczym ubraniu (Olaf Brzeski), na bieżąco opisujący sceniczne zdarzenia na bloku rysunkowym, z którego obraz wyświetlano na ni to ekranie, ni herbie rodzinnym. W tle co jakiś czas słychać uderzenia łańcuchów, skręcanych metalowych elementów jakiejś instalacji. Te metaliczne uderzenia podbijają dodatkowo wciągającą, niepokojącą muzykę Kuby Suchara, która jest nierozerwalną częścią spektaklu, jak i pieśni będące istotnymi kontynuacjami opowiadanej przez reżyserkę historii. Niestety jakiś problem z akustyką sprawił, że nie wszystkie słowa do mnie docierały. Niestety zakłamywało to odbiór treści pieśni.

Spektakl Agnieszki Olsten daleki jest od tego, czego spodziewali się miłośnicy wiernych przykładów lektur na scenę. Wizja reżyserki to zabawa, niekonwencjonalna, nieoczywista, na przekór Słowackiemu i całemu dramatyzmowi morderczej intrygi. Poszczególne sceny to perełki. Weźmy choćby moment spotkania Aliny z Balladyną, która tłumaczy siostrze, że gdyby poprosiła, to przecież oddałaby jej ten głupi dzbanek malin, a tak Kirkor jej będzie mężem. Cóż, Alina jakby z grobu mówi, bo dawno zakopana. Znakomite rozwiązanie wizyty Kirkora w chacie sióstr. Brawa ogromne dla Konrada Imieli dla nowej jakości w jego grze. Grabiec jest bowiem wspaniały, romantyczny i erotyczny, nieśmiały i dowcipny. Scena namiętności pomiędzy nim a Balladyną jest majstersztykiem. Niby nic się nie wydarza jeden do jeden, a nad sceną unosi się jakiś magnetyzm i niepokój. Brawo! Znakomity jest również moment, w którym Balldyna rozmawia z matką, chcąc się jej pozbyć z zamku. Choć fizycznie matki na scenie nie ma, Kwietniewska w tak przejmujący sposób prowadzi z nią dialog, jakby występowała w dwóch naraz osobach.

Pewną niezgodę natomiast budzi we mnie Goplana. Pierwszy moment, w którym ją widzę przywołuje skojarzenie z Arielem ze sztuki Agaty Dudy-Gracz Po „Burzy” Szekspira. Goplana, jak i Ariel umalowana jest farbą od stóp do głów. Ariel miała tiulową spodniczkę. Goplana jedynie nakrycie głowy. Nie odebrałam Goplany jako genius loci, a szkoda.

Agnieszka Olsten za spektaklu na spektakl coraz wyraźniej mówi, to co chce powiedzieć. Wciąż poszukuje i nie odpuszcza. Łączy formy i style, tym samym dając widzowi otwartą drogę do interpretowania jej spektakli. Oby tak dalej, oby poprzeczka była coraz wyżej.

Autor: Sabina Misakiewicz

(10.02.2017)

  • Zdjęcie: Krzysztof Bieliński / Teatr Muzyczny Capitol

Festiwal Dramatu STREFY KONTAKTU