- REKLAMA -

Dużo ostatnio pracowałem, więc pomyślałem, że dla odmiany wypluję płuca – tak napisałem na swoim facebookowym profilu. Z jednej strony jest to prawda, bo potrzebowałem takiej odskoczni, ale z drugiej planowałem swój udział od zeszłego roku. To był mój drugi bieg po schodach. Drugi raz postanowiłem zdobyć wrocławski wieżowiec SkyTower.

 

Start miałem na godz. 10.30, ale na miejscu miałem być, co najmniej godzinę wcześniej. Wszystko było dobrze zorganizowane i szybko dostałem numer startowy oraz zestaw w płóciennej torbie. Koszulka biegowa, woda, piwo bezalkoholowe, wafle ryżowe, smycz i ulotki. Całość do plecaka, plecak do depozytu i na rozgrzewkę.

Kilka kółek po korytarzach galerii, trochę rozciągania i chwila na rowerku stacjonarnym. Parę minut przed biegiem wraz z kilkudziesięcioma osobami wkroczyłem podekscytowany do strefy startowej. Niektórzy truchtali w miejscu, inni rozmawiali, ktoś patrzył na telebim. Konferansjer cały czas coś mówił, relacjonował, zagadywał zawodników. Ja wykorzystałem chwilę na rozgrzanie nadgarstków, o których wcześniej zapomniałem, a które przydały się później na poręczach.

Wyświetlacz odliczał od dwudziestu w dół. Ruszyłem. Najpierw lekka przebieżka przez hol, na zewnątrz budynku i do oddzielnego wejścia, gdzie ludzie zazwyczaj korzystają z windy. Skierowałem się do klatki schodowej, przed którą zatrzymała mnie ekipa biegowa, by zaraz dać sygnał właściwego startu. Wtedy się zaczęło.

Pierwsze piętra były lekkie, ale miałem świadomość, że to bardzo złudne wrażenie. Starałem się na patrzeć na numerację kolejnych poziomów i nie myśleć o niej. Widziałem, że to utrudni bieg. Nie myśleć, biec! Woda w małych kubeczkach, która stała w bocznych drzwiach co kilka pięter, była jednocześnie zbawieniem i przekleństwem. Nawilżała wysuszone gardło, ale rezygnując z zatrzymywania się, krztusiłem się nią lekko, co wcale nie ułatwiało wysiłku.

Ogień w płucach. Trudność z łapaniem powietrza. Pewnie chwilowe niedotlenienie. Duszność i lekkie wrażenie, jakbym miał zaraz zemdleć. Każdy schodek był trudny, ale wiedziałem, że muszę zwalczyć barierę psychiczną i skakać po dwa na raz. Wbrew pozorom, po jednym byłoby ciężej.

Przy 40. piętrze nabrałem wątpliwości. Ile miało ich być? 47? 49? Nieważne – mówiłem do siebie – jeszcze kilka, dalej, dalej. Jeszcze dwa schodki, jeszcze dwa. Jest pół piętra, dalej. Jeszcze pięć, a może cztery.

Przy 48. słyszałem już oklaski i jakieś głosy na górze. Dobiegłem, ale ostatnie metry – korytarz… już przeszedłem. Parę sekund mnie nie zbawi – pomyślałem wtedy – I tak pobiłem czas sprzed roku. Jak się później okazało, nie pomyliłem się. Był lepszy o prawie minutę: 8 minut 48 sekund.

Dostałem medal i wodę. Piłem wolno, choć pić się chciało bardzo. Nie potrafiłem. Oparłem się o ścianę i dyszałem. Razem ze mną kilkudziesięciu zawodników. Siedzieli, stali lub przytulali ściany tak jak ja. Niektórzy już rozmawiali, ale większość próbowała złapać oddech i odnaleźć płuca, które pogubiliśmy, na którymś z czterdziestu dziewięciu pięter.

Śmiało mogę powiedzieć, że dłużej wracałem do siebie, niż biegłem. Nieważne. 212 metrów, 49 pięter, 1142 schody. To się liczyło. Zdobyłem SkyTower.