„Będzie pani zadowolona czyli rzecz o ostatnim weselu we wsi Kamyk” to stan umysłu. Jeśli raz go przyjmiesz, jesteś naznaczony. Tego, co się wydarza na deskach, nie da się „odzobaczyć”. Zespół poznańskiego Teatru Nowego przechodzi na aktorski poziom „hard”. Agata Duda-Gracz znów poszła o krok dalej w swojej twórczości i pokazała dzieło wyjątkowe.

Przywykłam już do tego, że spektakle Dudy-Gracz zaczynają się zanim zapełni się widownia. Zanim publiczność usiądzie na miejscach i zgaśnie światło. W Teatrze Nowym w Poznaniu tytułowe wesele trwało już od progu. Panna Młoda Zunia (Karolina Głąb) z matką (Bożena Borowska-Kropielnicka) i rodzicami przyszłego (Małgorzata Łodej-Stachowiak i Ildefons Stachowiak) męża witała gości, Kolega Młodego pana Siutka (Łukasz Chrzuszcz), Przepała (Mateusz Ławrynowisz) częstował wódką (prawdziwą!), a inny – Siła (Michał Kocurek) chlebem, ogórkami i smalcem. Zaproszeni goście ściskali się z przyjezdnymi, zalana łzami pani Jusia (Edyta Łukaszewska) słaniała się po ścianach, bo już gorzałka jej nogi odjęła. Aktorzy byli tak ucharakteryzowani, że niektórych ciężko było rozpoznać. Znam ich z innych ról i byłam pod wrażeniem, jak zmieniły się ich fizis, sposób mówienia. Piękna Anna Mierzwa (Widząca zwana Czarcią Pizdą) i Marta Szumieł (pani Wusia) wyglądały, jak wygrzebane ze śmietnika szmaciane kukły wypchane sianem. Aż miło było patrzeć, jak wszyscy są wspaniale brzydcy. Jacy stamtąd, z Kamyka. Z poczerniałymi zębami, z wulgarnymi przydomkami, wyjęci z jakiejś popegeerowskiej wsi, w której ludzie mocno są religijni i zabobonni, a grzechy ojców wraz z ziemią przechodzą na synów. Weselnicy zaprosili widzów na tą wielką uroczystość by radować się, dzielić szczęściem młodej pary. Ale jak to u Dudy-Gracz, szczęście blisko jest rozpaczy, miłość-nienawiści, dobro-zła. U niej mało miejsca na romantyzm i happy end. Romantyzm jest przereklamowany, a happy endy są w głupich filmach dla nastolatek. Od samego początku, dało się poczuć, że pod pianką lukru, jest jakiś zdechły śledź, co smród roznosi niemożliwy. Atmosfera więc była gęsta, że siekierę dało się powiesić.

Agata Duda-Gracz w teatrze trzyma się swojej trudnej, ale satysfakcjonującej drogi. Są na niej kamienie z dna serca i strzępy pięknych wspomnień. Każdego ze swoich aktorów obdarowuje doskonałym pod względem zabaw językowych i dramaturgi tekstem. A oni mają swoją wrażliwość, formę i wypracowany warsztat. Używając tych narzędzi już nie są sobą. Mówią inaczej, poruszają się inaczej, tępotę, obłęd, pogardę mają wypisaną na twarzach. Każda rola to perełka dopracowana w najdrobniejszym szczególe. Autorka często w swoich spektaklach stosuje zabieg retrospekcji. Tak było w „Ja, Piotr Riviere…”, „Kumernis, czyli o tym jak świętej panience broda rosła” i tak też jest w „Będzie pani zadowolona”. Sytuacje z teraźniejszości na przemian  ze wspomnieniami bohaterów są w stanie zbudować obraz człowieka, od początku do końca. Człowieka, który tak bardzo kocha, że z tej miłości jest w stanie zabić. Człowieka, który wierzy w siłę sprawczą, decydującą o losie innych. Człowieka, który zarazem jest dobry i zły i zostawia po sobie spalone mosty i rzekę krwi. Duda-Gracz skupia się nad kwestią zła i próbuje je przeanalizować. W tym przypadku rezultat jest zatrważający. W każdym z nas ukryta jest bestia. Nie wolno jej karmić.

Scenografia w spektaklu jest oczywiście dziełem reżyserki. Malowane przez nią sceny są ruchomymi obrazami. Na stołach weselnych nakrytych białymi obrusami i białych  zasłonach długich od sufitu do ziemi światło gra jak w kalejdoskopie. Obrazy raz jaśnieją, raz mienią się czerwienią. Połykają, wciągają. Nie ma z nich ucieczki. Jak z czeluści piekieł, jak z brzucha wieloryba. Tylko jeden ognik nigdy nie gaśnie i chodzi swoją drogą. To Ryciu zwany Zjebem (Radosław Elis), brat Panny Młodej, który pożegnał się z życiem w póki co, nieznanych okolicznościach, a spektakl prowadzi do rozwikłania tej i paru innych zagadek. Duch Rycia snuje się między światem żywych a umarłych, prowadzony, jak po sznurku, światłem Katarzyny Łuszczyk. Dzięki jej niebywałej wrażliwości na teksty Agaty Dudy-Gracz, dzięki umiejętności łączenia światła ze słowem w scenach, dopasowania do emocji, a przede wszystkim do aktorów, Katarzyna Łuszczyk wprowadza do „Wsi Kamyk” dodatkową jakość. Magię, bez której nie byłoby życia. Ani śmierci. Łuszczyk, to już marka, nie tylko osoba.

Agata Duda-Gracz pracuje nad spektaklem na kilku płaszczyznach. Sama pisze dramaty, reżyseruje, tworzy scenografię i kostiumy. Jej teatr jest totalny. Wielki. Rozbuchany. Można by się czepiać, że za bardzo, że za dużo tych ozdobników. Ja się nie czepiam, ja to lubię. Jednak „Będzie Pani zadowolona, czyli ostatnie wesele we wsi Kamyk” jest pełny aż po brzegi i co nieco z niego wycieka. Gdyby odrobinkę odlać z zakończenia, byłoby idealnie. Nie mam innych zarzutów. Wręcz przeciwnie. Jestem pod ciągłym wrażeniem tej historii, opartej na wstrząsającym reportażu „Nie spowiadam się” Wiesława Łuki. Wydarzenia sprzed ponad trzech dekad opowiadają o morderstwie, którego dopuścił się „najważniejszy” członek wiejskiej społeczności (w spektaklu Mariusz Zaniewski zwany Cysorzem), i o niemym przyzwoleniu gawiedzi na zło. Duda-Gracz wyciągnęła z tej okrutnej prawdy więcej niż może pomieścić się w ludzkiej głowie. Jej wesele jest krwawe i przerażające. Bohaterowie noszą w sobie ogromy tego zła. Pod wykrzywionymi przez los twarzami wiejskich kobiet i mężczyzn widać czający się imperatyw pchający do robienia straszliwości. Skąd to zło się bierze w ludziach? Skąd łatwość w zadawaniu bólu, pragnieniu zemsty, skąd brak granic w nikczemności? Duda-Gracz rozkłada ten problem na czynniki pierwsze. Pokazuje jakie mechanizmy mogą kierować człowiekiem. Nikt nie jest chyba z gruntu zły, prawda? Nikt dla przyjemności nie zabija, nie gwałci, nie karze, nie poniża. A może tak? A może wszyscy jesteśmy z Kamyka? Może siedzi w nas czarcie złe ziarno i czeka na odpowiednio podlany grunt by wystrzelić? I co z innymi uczuciami, emocjami? Są nieprawdziwe? W Kamyku wszystko jest prawdziwe, zakazana miłość i rozpacz po bliskich.

Agata Duda-Gracz kolejny raz stworzyła dzieło wybitne. Najbardziej dojrzałe wśród jej spektakli. Wynika to w dużej mierze ze znakomitego zespołu, który bez reszty jej się oddał. Nie stawiał granic i przyjmował wszystko, co dawała. Cierpienia, ból, gwałt, mord, brzydotę i zło. Dlaczego nie? To też potrafią zagrać. I to jak! Z tej mieszanki każdy z aktorów stworzył bombę o niewyobrażalnej sile rażenia. Nikt na scenie nie był sam dla siebie. Wszyscy ulepieni z jednej gliny, jak jarmarczne figurki. Stworzyli kreacje wybitne. Wzruszające, piękne i obrzydliwe. Można ich chłonąć bez ustanku. Nie ma słabego ogniwa w tym zespole. Dostali od losu wspaniałego choreografa Tomasza Wesołowskiego, który nie schodzi poniżej wypracowanego poziomu i który szuka wciąż lepszych rozwiązań, jego pomysły niejednokrotnie robią scenę głębszą, pulchniejszą, piękniejszą. Dostali też znakomitego kompozytora Jakuba Ostaszewskiego, który wraz ze światłami Katarzyny Łuszczyk ubierał ich w melodie. Wypełniał emocje, wywoływał wzruszenia i ciarki na ciele. Wszyscy mają ogromne szczęście, że przyszło im się spotkać przy tej historii.  Jestem, proszę państwa zadowolona i dziękuję za tę opowieść.


Autor: Sabina Misakiewicz
(25.03.2017)

Zdjęcie: Greg Noo-Wak


Festiwal Dramatu STREFY KONTAKTU