Berlinale 2016: samotni Berlińczycy a dramaty uchodźców

„Alone in Berlin” to kolejny film, którego twórcy rozliczają ciemne karty niemieckiej historii. Dlaczego okazał się rozczarowaniem, mimo znakomitych aktorów w obsadzie?

Niedawno w polskich kinach można było oglądać „Labirynt kłamstw”, zainspirowaną autentycznymi wydarzeniami opowieść o młodym prokuratorze, który w 1958 roku postanowił rozpocząć walkę ze zmową milczenia wokół niemieckich zbrodni popełnionych w obozach koncentracyjnych. Choć w tej historii tkwi potencjał, jej filmowa wersja okazała się klasyczną i sztampową produkcją, skierowaną do szerszej widowni, ale bez większych ambicji.

Podobnie wygląda sytuacja z filmem „Alone in Berlin”, wyreżyserowanym przez aktora Vincenta Pereza, któremu udało się zgromadzić na planie takie gwiazdy jak Emma Thompson, Daniel Bruhl czy Brendan Gleeson.

Ta produkcja również została zainspirowana autentycznymi wydarzeniami. W 1940 roku berlińskie małżeństwo, wywodzące się z klasy robotniczej, straciło na froncie jedynego syna. Wściekły mąż, prosty człowiek o charyzmie Lecha Wałęsy, postanowił rozpocząć dyskretną, a zarazem bardzo odważną, walkę z zakłamanym niemieckim systemem. Wkrótce przyłączyła się do niego ukochana żona.

Ich heroiczna walka z wiatrakami może zrobić wrażenie, ale to kolejny zaledwie poprawny film, który nie ma w sobie siły „Pianisty”, ani nawet „Listy Schindlera”. Nawet, jeśli oglądałem „Alone in Berlin” w napięciu i trzymałem kciuki za bohaterów.

Gdy jednak na planie zgromadziło się aktorów tej klasy co Gleeson, czy Thompson, człowiek siłą rzeczy oczekuje czegoś więcej. Tej drugiej na początku konferencji prasowej dziennikarka zadała pytanie o jej stosunek do uchodźców. Brytyjska aktorka odparła, że nie jest to tematem filmu, ale tymi tematami żyje w tej chwili świat i Europa. Dobitnie świadczy o tym główna nagroda na Berlinale dla dokumentu włoskiego reżysera Gianfranco Rosiego „Fuocoammare”, który opowiada o dramacie uchodźców na wyspie Lampedusa.

 

Autor | Michał Hernes