Biel uzależnia, czyli „Cali na Biało”

Za oknem siąpi deszcz, a ciebie jesień zastrzeliła prosto w łeb tak bardzo, że nie wiesz czy najpierw sięgać po kolejną torebkę prochów na przeziębienie, czy po chusteczki. To nie będzie, jak sugerowałby tytuł, tekst o ćpaniu. To będzie tekst o grupie ludzi, którzy regularnie poprawią ci nadszarpnięty humor – pisze Patryk Rudnicki.

 

Przechodzisz przez rynek, idziesz ulicą Świętego Mikołaja, by skręcić w podwórko, które prowadzi do Mañana Cafe. Krok za krokiem, przez półmrok tam panujący, otwierasz drzwi, idziesz po schodach, siadasz. Tam scena, masa ludzi, gwar jak na targowisku. Zadajesz sobie po raz ostatni pytanie, czy na pewno dobrze zrobiłeś, że tego wieczora jesteś akurat tutaj. Później głosy milkną, tobie te wszystkie szare myśli wyskakują z głowy, bo właśnie wtedy wychodzą oni, Cali na Biało, a karuzela śmiechu nabiera zabójczego tempa.

W gruncie rzeczy sam sobie się dziwię, że piszę o nich dopiero teraz. Od blisko roku ich występy co dwa tygodnie wyzwalają we mnie niepohamowane i ogromne pokłady rechotu. Cali na Biało to grupa przyjaciół, która regularnie gwarantuje terapię śmiechową swojej publiczności za pośrednictwem skeczy improwizowanych. Fakt, że odegrane sceny nie są w jakikolwiek sposób wcześniej ograne i wypróbowane potwierdza jedno: to ty, zasiadając wśród publiki, możesz mieć wpływ na to jaka to będzie scena. Idea improwizowanych show jest bowiem taka, że poszczególne skecze z góry mają określone tylko pewne ramy. W jednym aktorzy zadają sobie tylko pytania, w drugim posługują się kwestiami, które publiczność spisze na rozdanych kartkach. Fundamentem każdej ze scen poza tymi ogólnymi zasadami są więc sugestie. Publika wybiera kim są postacie na scenie, jaka łączy je relacja, jaki mają problem do rozwiązania, czy jakich słów mają użyć (lub nie) w trakcie skeczu.

Zaczynali skromnie, podczas krótkiej rozmowy zdążyli powiedzieć mi, że na ich pierwsze występy w Kredensie przychodziło od pięciu do dziesięciu osób, znajomych. Później zmienili miejsce, a chętnych do śmiania się przybywało. Skład grupy pozostaje niezmienny od samego początku. Jej założycielami są Maciek Wiśniewski i Agata Afeltowicz. Pierwszy od lat pokazuje się na scenie Wrocławia, współtworzył kabaret OTOoni czy grupę KWIK. Ona z kolei jest psychologiem, poza swoimi działaniami w Całych na Biało jest również slamerką, dwukrotnie występowała w finałach wrocławskiego Slam Poetry Night. Ponadto na scenie występuje Jakub Zygadło, który kiedyś studiował technologię chemiczną na politechnice, obecnie zajmuje się reklamą i marketingiem internetowym. Jest też drugi Jakub, architekt i muzyk z zamiłowania. Ścibor odpowiada za udźwiękowienie, rekwizyty, czy nieme filmy wyświetlane, gdy aktorzy mają za zadanie je dubbingować. Jest też Maciek Antkiewicz, na co dzień chirurg i Adam Cybulski, który jest barmanem, wcześniej uczył się u wrocławskich aktorów gry, następnie prowadził wiele warsztatów. Zatem zwykli ludzie. Ze swoimi problemami, zajęciami i ogromną energią.

Występy Całych na Biało mają to do siebie, że odkrywasz na nich dwie rzeczy. Pierwszą jest to, co kryje się głowie nie tylko ludzi dookoła, ale również w twojej, bo niektóre sugestie, które padają z tej strony sceny są po prostu mordercze. Drugą jest to, że oni na tej scenie są w stanie zagrać wszystko, nawet jeśli będą mieli zagrać makaron spaghetti z zespołem Tourette’a. Co jakiś czas zapraszają też gości, występowali już m.in. z Abelardem Gizą, Grzegorzem Halamą, Kacprem Rucińskim czy nawet z Jarosławem Kretem. Za dwa tygodnie swoją osobą wesprze ich Misiu Koterski. Tak, ten Koterski od „Dnia Świra” chociażby. Jeśli więc chcielibyście się wybrać, to bilety możecie znaleźć w Mañanie, z kolei gdy grają bez gwiazdy, poprawić sobie humor możesz całkowicie za darmo.

Autor | Patryk Rudnicki