„Blair Witch” [RECENZJA]

Kolejna historia o studentach, którzy poszli do las i nie wrócili. I lepiej, żeby tak pozostało. Może uchroni to nas przed kontynuacją tego osobliwego sequela.

Oglądając nowy Blair Witch zastanawiałem się, cóż pozytywnego kryje się w tym obrazie, co mógłbym z czystym sumieniem polecić. Przestałem nad tym rozmyślać, kiedy uświadomiłem sobie, że po raz pierwszy od dłuższego czas mam ochotę po prostu wyjść z kina. Nałożyło się na to oczywiście wiele czynników. Pierwszy to reżyser: Adam Wingard, który po takich filmach jak Następny jesteś ty, czy Gość, który mnie urzekł muzyką i postacią tytułowego bohatera sądziłem, że kolejne dzieło Wingarda może być już tylko lepsze. Zwłaszcza, że wraz ze scenarzystą Simonem Barrettem współpracowali już wcześniej, także przy filmach found footage, i wcale źle im to nie wyszło. Kolejna sprawa to legenda Blair Witch Project, która urosła wokół obrazu z 1999 roku. Pierwowzór może i był momentami nudny, jednak potrafił wywołać u widza poczucie zagrożenia, strachu przed nieznanym.

Twórcy horrorów raczej nie silą się na wyszukane, wielowątkowe opowieści. W tym przypadku zresztą jest podobnie. Całość zamyka się w prostym schemacie. James (James Allen McCune) wraz z trójką przyjaciół postanawia wyruszyć do nawiedzonego lasu, by odkryć co stało się z jego zaginioną siostrą. Do dzielnych studentów dołącza para tubylców, który oprócz tego, że mają robić za przewodników, to sami są mocno zaintrygowani legendą wiedźmy z Blair. Wkrótce po zapadnięciu zmierzchu wszyscy są świadkami wielu niepokojących zdarzeń. Okazuje się, że las ich uwięził. Reszta to już tylko walka o życie, choć walką bym tego raczej nie nazwał.

Oglądanie tego filmu boli, większość ujęć jest niezwykle chaotyczna, kamery przymocowane do głów bohaterów latają dookoła, przyprawiając o migrenę. Nie widać nic oprócz liści, deszczu i reszty lasu. Momenty, które można by uznać za straszne, choć to za duże słowo w tym przypadku, opierają się jedynie na elementach zaskoczenia: dźwiękiem i obrazem. Ot, znienacka wyskoczy jakaś twarz, a z głośników wydobędzie się głośny dźwięk. Tanie chwyty, które nie zachwycają i po pewnym czasie nie robią żadnego wrażenia. Można wręcz pokusić się o stwierdzenie, że gdy widziało się jeden taki film, to widziało się już wszystkie.

Postaci wykreowane przez aktorów w dużej mierze oparte są na stereotypach. Osobiście najbardziej przeszkadzało mi sztuczne sugerowanie widzowi, że to jednak nie jest reżyserowany obraz, że oni faktycznie tak po studencku wybrali się na przygodę na lasu, tylko po to, by już nigdy z niego nie wrócić. Jakieś zbliżenie na owady, jakieś sikanie pod drzewem. Tak, zdecydowanie jeśli ktoś montowałby obraz z prawdziwych taśm, to za żadne skarby nie zrezygnowałby ze sceny kiedy jeden z aktorów sika na drzewo.

Udało mi się jednak doszukać aż dwóch elementów, które wypadają na plus w Blair Witch. Pierwsza sprawa to las, otóż uważam go za najlepszego aktora, jeśli tylko tak można powiedzieć. Wyglądał naprawdę nieźle, zwłaszcza podczas burzy, gęsty, mroczny, wręcz klaustrofobiczny. Nie chciałbym się znaleźć w takim miejscu po ciemku, to na pewno. Momentami wyglądał wręcz jak jakaś dżungla. Druga sprawa to dźwięki. Z tym, że nie wiem, czy tutaj bardziej chwalić kino, za dobre udźwiękowienie, czy raczej dźwiękowców, jednak pewnym jest, że odgłosy towarzyszące bohaterom były na medal. Gdyby tak zamknąć oczy, to wręcz można by poczuć się jak u Blair w ogródku.

Ostatecznie nie wiem po co kręci się takie filmy, odgrzewa jakiś pomysł i tworzy jego mierny klon. Chyba tylko po to, by na znanej marce zarobić dodatkowe pieniądze. Choć taki zabieg to jednak broń obosieczna, jeśli coś już ma być kontynuacją, nie oszukujmy się, w pewnych kręgach kultowego obrazu, to także i wymagania od razu rosną. Wingard stracił w moich oczach. Możliwe, że zbyt surowo oceniłem jego nowe dzieło, jednak Blair Witch zawiódł mnie po całości.

Autor | Patryk Wolny

Film obejrzałem dzięki uprzejmości Multikina