- REKLAMA -

Wojciech Kościelniak porywa swoim spektaklem od pierwszej jego chwili. Nie bierze jeńców. Strzela równo, do wszystkich. Wśród widzów jest zachwyt, śmiech i wzruszenie. Opowieść płynie wodewilowo, reżyser miesza gatunki, ale nie miesza w głowach. Raczej poddaje refleksji. Czy historia zatoczy koło, czy znów przed nami kryształowe noce? Czy niczego się nie nauczyliśmy? Ręka do góry, kto choć przez chwilę pomyślał to, co ja, że jesteśmy, jak te lalki w sklepie Markusa. W każdym momencie może przyjść zło i nas zgnieść. 

Nie ma miejsca na strach. Nie ma na niego czasu. Szum powiewających faszystowskich flag niesie odgłos tłuczonego szkła i zapach ziemi. Wirujące dziecinne wiatraczki pachną dymem palonych ciał. To nie koszmar. To przestroga. To „Blaszany bębenek” w wersji hard.  Wszystko w nim jest hard. Ekipa Kościelniak, Adamska-Porczyk, Chadaj, Obijalski są w teatrze niczym Nadia Komaneci na przyrządach gimnastycznych  – mistrzami świata! To obłęd! Mistrzowska choreografia, muzyka, scenografia, kostiumy, reżyseria. A wykonanie? Kto widział Agatę Kucińską w „Żywotach Świętych Osiedlowych” mógł się spodziewać, że poprzeczka będzie wysoko, wysoko. Ale to, co zobaczyłam zapiera dech. Pod upiornym makijażem, krzywo obciętą grzywką jest prawdziwy chłopiec. Krnąbrny i butny. Głosem rozśpiewywujący szklane przedmioty. Podporządkowujący sobie rodzinę i bandę uliczników, których staje się hersztem. Nie trzeba nikogo przekonywać, że gdyby przyznawano Oskary w teatrze, to Agata Kucińska za rolę Oskara Matzeratha dostałaby właśnie tę nagrodę. I po niej długo, długo nikt (panienka od La La Land może jej skakać do kiosku po fajki). Co ona robi, ta dziewczyna!!! Mogłoby się wydawać, że ma niewiele możliwości do wykorzystania, bo tylko swoją twarz, dłonie i głos do animowania lalki typu tintamareska. Okazało się, że to nie jest „tylko”, to jest „aż”! Agata Kucińska pokazała Mount Everest warsztatu lalkarskiego aktorki, artystki. By wiarygodnie oddać postać dziecka mikrej postury ożywia lalkę siedząc na kolanach. Nie ma momentu, by dała od siebie odpocząć, nie. Od pierwszych słów trzyma widza za twarz przez ponad trzy godziny, aż do długo trwających owacji.  W każdym jej ruchu widzimy 94 centymetrowego „dzidzia piernik” – Oskara, który nie chciał rosnąc. W jego mrocznej baśni miesza się jak w tyglu. Jest miejsce na miłość, magię i gniew. Bunt, wojnę i śmierć. Śmierć – Czarną Kucharkę (pozytywnie niepokojąca rola Barbary Olech), która w swoim mechanicznym, niemym tańcu niszczy wszytko, co dobre. Kto zna spektakle Kościelniaka, może widzieć analogie z podobnymi niemymi uczestnikami opowiadanych przez niego historii. 

Reżyser w swojej realizacji trzyma się głównych wątków powieści Guntera Grassa. Wiele jednak jest pomijanych by zamknąć w pewnego rodzaju całość historię Gdańska i wielonarodowościowej rodziny. Zaczynająca się od babki Kaszubki, a kończąca na rzędzie krzyży wizja jest spójna i przejrzysta. A losy małego Oskara, jego pięknej matki i dwóch ojców układają się ciekawie, choć nie ukrywam, że w kilka scen wdarły się dłużyzny. Spektakl startuje z impetem ale lekko i śmiesznie by w drugim akcie z siłą armaty i bombowców powalić widza na glebę. Pod płaszczykiem groteski jest głębokie przesłanie.

Zespół aktorski daje z siebie 200 % normy. Taneczne i wokalne popisy wyrywają z foteli. Czegoś takiego jeszcze nie było w Capitolu. W znakomitej formie widzimy Agnieszkę Oryńską – Lesicką w roli Agnieszki, matki Oskara. I z ogromną radością piszę te słowa:  jest wspaniałą Agnieszką, w każdym geście, słowie i wydanym z siebie dźwięku! Niech się na nią napatrzą inni reżyserzy i dowiedzą, jaki potencjał kryje się w tej drobnej, silnej i zdolnej dziewczynie! Wiem, że pewnie znajdą się tacy, co odsądzą mnie od czci i wiary ale coż, zdania nie zmienię: gdyby zagrała Małgorzatę w „Mistrzu” to byłby sztos! Gratuluję!

Poniżej swojego poziomu nie schodzi oczywiście Maciej Maciejewski (Matzerath), Justyna Szafran (babka Anna), Iga Rudnicka (Maria), czy Mikołaj Woubishet (Markus) i Tomasz Leszczyński (Bebra). Znakomita rola Kamila Krupicza (Broński), Kasi Janiszewskiej (Luci), Artura Caturiana (Stotebecker), Katarzyny Pietruskiej (Rosvita). Zwyczajnie nie ma słabych ról. Ten spektakl jest świetnie zagrany, zaśpiewny, zatańczony. Wykonanie piosenki nauczycielki przez Justynę Woźniak, jest czymś wręcz oszałamiającym. Jedno do czego można się odrobinę przyczepić, to warstawa tekstowa śpiewanych songów. Wprawdzie na balkonie nie dało się wszystkiego wyraźnie usłyszeć, ale łyżka dziegciu jest tu zdecydowanie na miejscu.

Pomysły, które realizuje na scenie reżyser, a które powstały wraz z wizją lalki na deskach teatru muzycznego są świeże i nowatorskie. Za sprawą Oskara i tintamaareski można cieszyć się z obecności dwóch innych lalek – karłów Bebry i Roswity (Tomasz Leszczyński, Katarzyna Pietruska). Kolejny pomysł to włożenie Sisigmunda Marcusa (bardzo wiarygodny i wzruszający w swojej roli Mikołaj Woubishet) do wańki-wstańki, on właściciel sklepu z zabawkami sam jest zabawką, która w każdej chwili może zostać zniszczona. Jak cały świat. Kościelniak zdaje się mówić, że nie ma czasu na strach, jest czas na działanie. To jest ta chwila, kiedy musimy zacząć rosnąć.

„Blaszany bębenek” otworzył sezon teatralny w Capitolu pełną petardą.  Jak powiedział mi reżyser siłą tego spektaklu są ludzie z pasją i wielkimi sercami. Oby takich nigdy nie zabrakło.


Autorka: Sabina Misakiewicz
Zdjęcie:Łukasz Giza