Największym problemem Bone Tomahawk jest data polskiej premiery, która przypadła prawie pół roku po ukazaniu się filmu w amerykańskich kinach. Czyli kto chciał, ten już zobaczył.

Przyczyn tego zapewne jest wiele, jednak można przyjąć, że główny wpływ miało fakt, iż mamy tutaj do czynienia z filmem niskobudżetowym, koszt produkcji to niecałe 2 miliony dolarów. No i sam gatunek, mieszanka westernu z horrorem nie wróży raczej milionów zysku płynących z nieba. I tak po kawałku odwlekała się polska premiera, a szkoda, ponieważ Bone Tomahawk jest filmem bardzo dobrym. A zaznaczyć muszę, że to reżyserski debiut S. Craiga Zahlera, który odpowiedzialny jest także za scenariusz.

Bright Hope – małe, ciche miasteczko położone pośrodku palonej gorącym słońcem pustyni. Leniwe i spokojnie życie mieszkańców zakłóca pojawienie się dziwnego przybysza, który po małej awanturze trafia do więzienia z przestrzeloną nogą. Następnego ranka cela jest już pusta: przybysz znika, a wraz z nim młoda pani doktor, która się nim opiekowała. Okazuje się, że zostali uprowadzeni przez plemię Indian-kanibali. W ślad za zaginionymi rusza szeryf Hunt (Kurt Russell) w kompani swojego zastępcy (Richard Jenkins), miejscowego łowcy, czy raczej zabójcy Indian (Matthew Fox) oraz męża porwanej pani doktor (Patrick Wilson).

Podczas krwawej podróży, przyjdzie im nie tylko zmierzyć się z okrutną pustynią, ale także z brutalnymi, krwiożerczymi Indianami. Prosta z pozoru historia, która początkowo może nieco się dłużyć, szybko zmienia się w pełnoprawny horror, w którym nie brak scen budzących odrazę. Pokuszę się nawet o stwierdzenie, że niektóre ujęcia zakrawają na porządne gore. Nie ma ich może za wiele, jednak co wrażliwsi z pewnością będą mieli okazję do odwracania wzroku z obrzydzenia.

Mała liczba scen przedstawiających czyste okrucieństwo nie jest wcale wadą. Wręcz przeciwnie, sprawia, że historia nie zostaje zalana hektolitrami krwi i ostatecznie stanowi coś więcej niż tylko tło, pretekst do bezmyślnej rzezi. Wpływa to na akcję, która, jak wspomniałem, potrzebuje sporo czasu by się ostatecznie rozwinąć. Jednak nawet w momentach, w których pozornie niewiele się dzieje, twórcom udaje się utrzymać widza w ciągłym napięciu, zainteresowaniu dalszymi losami bohaterów.

Po niskobudżetowych horrorach nie oczekujemy gwiazdorskiej obsady, a nawet jeśli już taka się w nich znajdzie, to często są to nazwiska, których dni świetności już dawno minęły. Grają oni od niechcenia, a towarzyszą im nowicjusze przypominający sztuczne kukiełki. Nieco przerysowany obraz, jednak tym bardziej warto zaznaczyć: Bone Tomahawk do takich filmów na szczęście nie należy. Aktorzy zostali dobrze dobrani do swoich ról, a ich gra sprawia, że całość ogląda się z wielką przyjemnością. Na szczególną uwagę zasługują występy Kurta Russella i Richarda Jenkinsa. Podczas seansu można mieć wrażenie, że oni wręcz urodzili się do swych ról.

Dwa miesiące po amerykańskiej premierze Bone Tomahawk do amerykańskich kin weszła Nienawistna Ósemka, western Quentina Tarantino (recenzja), w obsadzie którego znalazł się także Kurt Russell. Pozornie różnice pomiędzy tymi filmami są naprawdę spore, jednak gdy się bliżej przyjrzeć, to bardzo wiele je łączy. I pomimo że obydwa prezentują naprawdę wysoki poziom w swojej klasie, to jednak podejrzewam, że obraz S. Craiga Zahlera mógłby przejść niezauważony, gdyby zestawić je obok siebie. Nazwisko i pieniądze robią swoje, a poza tym raczej trudno brać na poważnie horror na Dzikim Zachodzie.

Reasumując, kto miał zobaczyć Bone Tomahawk ten już to zapewne zrobił. Dlatego podejrzewam, że tylko nieliczne osoby zdecydują się na seans w kinie, a w gruncie rzeczy naprawdę warto, nawet jeśli już go widzieliście. Debiut S. Craiga Zahlera jest solidną mieszanką dobrego, krwawego horroru i starego westernu. Zdecydowanie wart zobaczenia na dużym ekranie.

Autor | Patryk Wolny