Na głowie miała kaktusa i paproci kwiat, kazała całować się kiedy się chce. Obecnie wydała trzecią już płytę i jest zupełnie niepodobna do siebie z okresu debiutu.

Kęsy to album, który zupełnie inaczej rysuje Bovską jako wokalistkę i wykonawczynię muzyki. Bo z większością utworów z nowego krążka wybrałbym się raczej do klubu niż do domowego zacisza. Bo chociaż pod względem instrumentali jest bardzo soczyście, uszy drżą od basu i przesterów to nagle zdałem sobie sprawę, że tekstowo to już nie to samo.

Nie chcę bić tutaj od razu w tony, jakoby teksty Bovskiej musiały być wybitne i głębokie. Mamy tutaj raczej do czynienia z naiwnymi słowami o miłości, namiętności, odrobinie seksu (ale bez wulgarności), tęsknocie i relacjach damsko-męskich. Co jednak wybitnie ważne: to wszystko jest nagrane w tak śliczny sposób, że aż chętnie słucha się tych piosenek i szuka głębszego sensu w tekście urozmaiconym często-gęsto autotunem.

Ocenić zatem ten album wybitnie trudno. Z jednej strony to wszystko brzmi, klei się i jest serio przyjemne. Z drugiej poziom tekstowy pikuje na łeb, na szyję i czasem na mej twarzy rysuje się uśmieszek politowania. Czy to jednak musi oznaczać, że Kęsy to album słaby? Gdzież tam! Instrumentale są świetne, a teksty, pomimo poziomu, są zaśpiewane wybornie. W charakterze umilacza czasu przy robieniu czegoś płyta na pewno zda egzamin, jednak w roli dzieła, którego tekst wynosi na wyżyny czekać może spory kęs zawodu.


Autor: Patryk Rudnicki
Zdjęcie: okładka płyty, mat. pras.