„Bracia Karamazow” wystawione w Teatrze Polskim we Wrocławiu to nudna i zła realizacja. Przed premierą reżyser Stanisław Melski w jednym z wywiadów mówił, że chce podejść do dzieła Dostojewskiego z dystansem i dowcipem. Nie udało mu się. 

„Bracia Karamazow” Krystiana Lupy to było dzieło totalne. Trwało siedem godzin, ale kto już przekroczył próg jego drzwi, nie liczył czasu. Lupa czarował genialnie żonglując emocjami bohaterów. Dotykał muzyką i wybitnie zagranymi rolami. Hipnotyzował dramatami bohaterów, jakby żywcem wyjętymi z kart powieści. O „Braciach Karamazów” Lupy mówił cały artystyczny świat. O tym Melskiego też będzie się mowić, owszem. Ale w innym zgoła kontekście. Dobrze będzie mowić publiczność spragniona teatru sprzed 30 lat. Sztywnego, zapiętego na ostatni guzik, bez polotu. Publiczność nie oczekująca niczego poza wydeklamowanym tekstem nie mającym głębszego przekazu. Taka publiczność, która do teatru nie idzie po wielkie emocje ani refleksje czy rozterki. Publiczność pragnąca teatru rozwojowego, poszukującego, transgranicznego nie doceni spektaklu wystawionego na 40-lecie pracy  artystycznej reżysera Stanislawa Melskiego.

Ponad trzygodzinny wrocławski spektakl okazał się pewnego rodzaju kpiną z Dostojewskiego. Farsą pełną nieznośnej bieganiny i wrzeszczących bohaterów. Wszystko zagrane niczym w szkolnej sali gimnastycznej przy roboczym świetle z niewiele wnoszącymi efektami dźwiękowymi. O ile lepsze mogłoby być to przedstawienie, gdyby poświecił je fachowiec od malowania światłem. Dobre kostiumy zaś scenografia taka sobie. Kilka mebli ustawionych na scenie dawało podział na miejsce rozgrywania się akcji, jednak w ogromnej przestrzeni straszyła pustką. Sytuację ratowały rozwieszone na kilku planach olbrzymie płachty materiału z nadrukiem cerkiewnych ikon.

Dość odważnie podjął się karkołomnego zadania wyreżyserowania wybitnego dzieła rosyjskiego pisarza Stanisław Melski. Chciał przenieść Dostojewskiego na scenę Teatru Polskiego i zrobił to. Nie wiem jednak, co nim kierowało, by wystawić ten powieścio-kryminał w takiej właśnie formie. Bardzo mi żal młodych aktorów, którzy wzięli udział w tym spektaklu. Być może praca z innym reżyserem pozwoliłaby im na pokazanie choć części emocji, o których pisał Dostojewski. Uruchomienie śpiewnej, targanej rozterkami rosyjskiej duszy to trudne zadanie, jednak nie niewykonalne. W tych okolicznościach efekt artystyczny jest niezadowalający. Oczywiście są i dobre strony, jednak przykryte mnogością złych. Bardzo podobał mi się Przemysław Sejmicki w niewielkiej ale dobrze skrojonej roli Maksymowa, śpiewający dziedzięcą wyliczankę. Sebastian Ryś w roli Smerdiakowa ma też niewiele do zagrania, ale robi to z wyczuciem, wdziękiem (jak na mordercę) i ja mu wierzę. Błażej Michalski (Alosza Karamazów) i Dawid Olszowy (Dymitr Karamazow) mają ten błysk oku, który widzi się u aktorów pragnących wyswobodzić się z kurateli reżysera i zrobić coś po swojemu. Miotają się i duszą w sztywnych ramach.  Gdyby dać im odrobine swobody, może intuicja podpowiedziałaby im inną drogę do prowadzenia postaci. Nie dane im to jednak było. O ile Alosza wypada dość wiarygodnie (do pewnego momentu, bo kiedy pozbywa się sutanny już nie ma pomysłu, co z sobą począć), o tyle Dimitr w tym wydaniu jest nie do przyjęcia. Hulaka, kobieciarz a taki jakiś papierowy. Żadnego żaru miłości tam nie ma, bełkot i gonitwa po scenie. Tam i z powrotem, tam i z powrotem, jak zresztą większość postaci. A Dimitri u Dostojewskiego przecież go ma, jego dusza krzyczy, w środku ciała, nie na zewnątrz. Marcin Pejaś w roli Iwana jest toporny i nieprawdziwy. Wierzący w naukę i umysł, zaprzeczający istnieniu Boga zdaje się tu być jedynie zahukanym chłopcem zazdrosnym o braci. Bo sam nie ma niczego. Nie ma w nim pasji, energii. Nawet moment walki z Szatanem, w którego też nie wierzył, a z którym wdaje się w dyskusje popadając w obłęd, nie wyzwala nic wielkiego. Nie powoduje we mnie widzu żadnych emocji. Zadaję sobie pytanie: po co to wszystko? Nie ciekawi mnie, co się będzie dalej działo bo Iwan jest bezbarwny i nijaki. Za to ojciec, Fiodor Karamazow (Dariusz Bereski) jest widoczny zapewne z samej Moskwy. Jak wyskakujący z pudełka nakręcany, chichrający diabełek. Wszedł drzwiami, a jak go wyrzucili, wrócił oknem. Irytujący i groteskowy. Rysowany grubaśną krechą. Nie do zniesienia. Zastanawia mnie ile swobody miał aktor w budowaniu roli, a ile to dyrektywy reżyserskie?

Kobiecy świat rysowany przez Melskiego  wzbudza jedynie zażenowanie. Wręcz wszystkie panie, począwszy od Katarzyny Iwanowny (Justyna Jeleń), poprzez Gruszę (Beata Śliwińska), Lizę (Alicja Baran) aż do Pani Chochłakow (Monika Bolly) są płytkimi, stereotypowymi  karykaturami kobiet. Oczywiście znane są losy kobiet z ówczesnych pisarzowi czasów, jednakowoż żadna z bohaterek nie uosabia postaci zapisanej w powieści. Żadna z nich nie relacjonuje położenia kobiet, zależności ich pozycji od mężczyzn i czynników społecznych. Gruszeńka przedstawiona jak pospolita dziwka bez ceregieli czepiająca się co rusz to nowych spodni. A wątek relacji między nią a Katarzyną Iwanowną i wymiana pocałunku, zamiast intrygować wręcz śmieszy. Postać Lizawiety niewiele odbiega od Annelieze Michel podczas egzorcyzmów. I rzeczywiście jest to przerażające. Histerycznie krzycząca i nadopiekuńcza pani Chochłakow do pary z Lizawietą rzępolącą na skrzypcach to istne dzieło sztuki! Jedynie Diabeł, Anioł, Śmierć i Autor (Iwona Stankiewicz) nie biega bez opamiętania po scenie i nie krzyczy, za to jej przebieranki w zwiewne pelerynki symbolizujące kim na daną chwilę jest, są  bardzo zabawne. I żeby była jasność: Anioł- biała peleryna, Diabeł – czerwona, Śmierć i Autor- Czarna. Tylko dlaczego i Śmierć i Autor mają ją w jednym kolorze? Nie wiem. Wiem natomiast, że dopiero drugi raz w życiu miałam ochotę co najmniej 20 razy wyjść z teatru przed zakończeniem spektaklu (poprzedni, z którego chciałam uciec to „Faust” w reż. Michała Borczucha z Teatru Polskiego w Bydgoszczy). Żaden spektakl aż tak mocno nie uwierał, jak „Bracia Karamazow”. Jest jednak nadzieja, że gościnnie występujący w tym spektaklu młodzi aktorzy nie zostaną tu na długo. Szkoda by było zaplątać się w mole i naftalinę.

 


Autorka: Sabina Misakiewicz
Zdjęcie: materiały prasowe Tpl