We wrześniu 1944 roku Alianci przeprowadzili największą operację powietrznodesantową drugiej wojny światowej, której celem było otwarcie drogi do Zagłębia Ruhry, co z kolei skutkować miało wcześniejszym zakończeniem wojny. Ci, którzy uważali na lekcjach historii pewnie wiedzą, że sama operacja zakończyła się fiaskiem. Tematyka wojenna podejmowana jest przez literaturę, kinematografię i inne dziedziny kultury szeroko rozumianej nie mogła ominąć gier komputerowych.

 

W roku 2008 Ubisoft wydało trzecią część swojego taktycznego shootera, który skupiał się wokół drugiego w dziejach konfliktu na skalę światową. Hell’s Highway toczy się podczas wspomnianej wcześniej operacji, gdzie przejmujemy stery jednego wojaka: Matta Bakera, który może podczas rozgrywki wydawać krótkie komendy towarzyszom. O tragizmie sytuacji w jakiej znaleźli się spadochroniarze podczas Market Garden wspominać nie muszę, plan działania był dziurawy, a jego wykonanie też budziło pewne wątpliwości.

 

 

Strike from the sky

 

Gameplayowo BiA prezentuje się jako jeden z mniej skomplikowanych i intuicyjnych shooterów taktycznych. Przede wszystkim jednak muszę napisać jedno: to nie Call of Duty, ani Battlefield. Tu nie robisz za jednoosobową armię, która biegnie przed siebie nie puszczając palca ze spustu. Tutaj każda grupka Niemców to osobna zagadka do rozwiązania, a rozwiązanie to schemat prosty jak budowa cepa. Otóż ważnym czynnikiem pozwalającym nam wystrzelać przeciwników jak kaczki jest przygwożdżenie ogniem. Każde miejsce, w którym ścieramy się z wrogami nie jest fortyfikacją idealną, więc z grubsza wystarczy rozmieścić swoich żołnierzy naprzeciwko (za wydawanie komend służy prawy przycisk myszy, bez rozwijanych menu, bez masy klikaniny, która stopuje akcję i sprawia, że człowiek zwalnia z myśleniem) i czekać, aż nasi chłopcy zaczną tak pruć, że żaden Niemiec nie będzie chciał wychylić łebka zza murku. Wtedy gracz, oczywiście wcześniej zapoznając się z mapą okolicy wybiera drogę, która pozwoli mu oskrzydlić wroga i zlikwidować przeszkodę. Taki scenariusz nie rozgrywa się zawsze, bo czasem w roli podkomendnych dysponujemy czołgiem, czy drużyną wyposażoną w bazookę. Najlepsza w Brothers in Arms jest intuicyjność i brak przekombinowania, co wybitnie wpływa na tempo rozgrywki. Szata graficzna nie prezentuje się najgorzej, gra jest z 2008 roku i to ewidentnie widać, co nie zmienia faktu, że nic tu nie kłuje w oczy, a niektórym scenom i sceneriom nie można odmówić rozmachu. Muzyka w grze to standardowe motywy z hamerykańskich filmów wojennych, werble, ciche trąbki, odrobina smyczków, ot, człowiek nagle się czuje jakby oglądał O jeden most za daleko.

 

 

And you’ll no longer burn to be brothers in arms

 

Z grami wojennymi jest jeden zasadniczy problem. Ile z nich rzeczywiście miało na celu odzwierciedlenie horroru wojny za pośrednictwem czegoś, co służyć powinno rozrywce? Ciężko stwierdzić, bo i tak wszystko zależeć tu będzie od odbiorcy. Bo jeśli gracz będzie chciał postrzelać, to postrzela nieważne do czego, a jeśli będzie chciał koniecznie postrzelać do żołnierzy Wehrmachtu, to już niekoniecznie wszystko musi być w porządku. Pamiętać należy o jednym: pomimo rozrywkowego charakteru, gry komputerowe, czy filmy traktujące o tematyce wojennej powinny stwarzać okazję do refleksji, powinny odbijać się rozsadzającym głowę echem, w którym rozbrzmiewają tylko te dwa słowa: nigdy więcej. Jeżeli chcesz sobie tylko postrzelać nie ruszaj BiA, bo gracz chcący tylko postrzelać, rzuci tę grę w kąt po pierwszych 15 zgonach, w ciągu pierwszych 15 minut gry. Jeżeli z kolei chciałbyś dostać prosto w twarz historią o bezsensie wojny, kierowaniu żołnierzy na pewną śmierć, o przyjaźni i braterstwie, to cała seria Brothers in Arms jest dla ciebie. Nawet jeśli forma, w jakiej gra realizuje fabułę tobie nie odpowiada (sam nie darzę taktycznych shooterów przesadną miłością), to choćby dla poznania losów szarego żołnierza warto ten tytuł odpalić.

 

Autor | Patryk Rudnicki