Były Sobie Gry#20 Devil May Cry 4

Slashery takie jak wcześniej wspominany Darksiders w swoim założeniu dawać mają frajdę w postaci sieczenia niezliczonych hord przeciwników. Wielu graczy taką frajdę odczuwa i na niej się skupia, przez co zapomina o tym jaką historię potrafią opowiadać takie gry. Wspomniany wcześniej tytuł o Jeźdźcach Apokalipsy nie jest jedynym oferującym świetną fabułę. Do tego grona zaliczyć należy również całą serię Devil May Cry, a dziś na warsztat weźmiemy jej czwartą część.

Aby zrozumieć fabułę DMC 4 należy przede wszystkim chociażby ogólnie nakreślić sobie uniwersum, w którym będziemy operować. Świat przedstawiony przez japoński Capcom jest podobny do naszego z tą różnicą, że w tym growym występują również demony oraz anioły. W mieście, w którym zaczyna się akcja gry, dwa tysiące lat przed wydarzeniami w niej przedstawionymi władzę sprawował właśnie demon o imieniu Sparda. Ten jednak, zamiast mordować i prowadzić rządy terroru po pierwsze bardzo polubił ludzi i zaczał dbać o ich dobro, po drugie zakochał się w anielicy. Z pierwszego wyniknął jego bunt przeciwko piekielnym władcom, a poprzez drugie na świat przyszła dwójka bliźniaków-mieszańców, czyli nefalemów o imionach Dante oraz Vergil. Pierwsze trzy części serii opowiadały o wspólnej walce braci z demonami, która finalnie ich poróżniła, po to by w trzeciej doszło między nimi do decydującego starcia. W świetle zakończenia jakie oferowała trójka, scenarzyści postanowili w pewien sposób wprowadzić do gry nowego zawodnika. Otóż w fikcyjnym mieście, którym kiedyś zarządzał Sparda, jest on czczony jako bóg oraz funkcjonuje w nim Zakon Miecza, zrzeszający Rycerzy walczących z demonami. Jednym z nich jest Nero, chłopak, który podkochuje się w siostrze swojego dowódcy, chłopak, który lekceważąco podchodzi do kwestii wiary, jest tak bardzo podobny do Dantego z poprzednich części, że gdyby nie wołano go po imieniu, na pewno bym ich mylił. Rozgrywkę rozpoczynamy od… walki z Dantem, który nagle wpada do miejskiej katedry, zabija najważniejszego kapłana, wycina w pień zastępy Rycerzy i wreszcie, zagraża Kyrie, ukochanej Nero. Tutaj wam wszystkim należy się wyjaśnienie: Dante nie jest żądnym krwi mordercą, on zabija demony, a jeśli wybija członków zakonu, to dodajcie jeden do jednego. Po wykonaniu skomplikowanych obliczeń i walce z Dantem Nero rusza jego śladem, początkowo by pomścić zabójstwo swojego bezpośredniego przełożonego, choć tak naprawdę to jest to wędrówka po odpowiedzi, bo szybko się okazuje, że Zakon na serio ma bardzo bliskie kontakty z demonami, a sama Kyrie zostaje uprowadzona przez jego członków.

Nero poza skrywaniem uczuć do Kyrie, ma jeszcze pewną tajemnicę względem braci. Otóż gdy przebywa w ich towarzystwie nosi lewą rękę na temblaku, wciąż się tłumacząc, że jest niesprawna. Pod temblakiem kryje się jednak coś, co odziedziczył po swoim ojcu – Ramię Diabła, pozwalające mu sięgać oddalonych celów i wrogów, rzucać nimi oraz finalnie przyjmować demoniczną postać, za której to pośrednictwem staje się walcem na wrogów nie do zatrzymania. Ponadto arsenał naszego podopiecznego stanowią miecz o nazwie Czerwona Królowa oraz dwulufowy rewolwer o imieniu Błękitna Róża. Mechanika gry jest prosta jak cep i sprowadza się do unikania ciosów wrogów oraz naciskania przycisków odpowiedzialnych za ataki w sposób na pewno skracający żywotność pada (nie powiem, na klawiaturze też da się grać). Nero za wykonane misje zdobywa odpowiednie punkty, dzięki którym może on rozwinąć swoje umiejętności i nauczyć się nowych kombinacji ataków. Cała filozofia. Ponadto zbieramy Czerwone Dusze, które wymieniamy chociażby na przedmioty, które podnoszą maksymalny poziom zdrowia protagonisty, bądź służą do leczenia odniesionych ran. Slasher nie byłby slasherem, gdyby nie bossowie. Tacy bossowie:

Nie będę się rozpisywał. Każdy jest ogromny i na każdego trzeba znaleźć sposób, tym bardziej, że niektóre rodzaje jego ataków pokazuje dopiero, gdy zostaje sowicie oklepany, co wymusza już w trakcie walki zmianę strategii. Devil May Cry 4 to gra z 2008 roku, był to moment w branży kiedy jeszcze konsole wyznaczały maksimum możliwości graficznych, dzięki czemu na PeCetach mieliśmy do czynienia z dobrze wykonanym portem. Kłamstwem byłoby stwierdzenie, że grafika się zestarzała i już odpycha, bo nadal potrafi zauroczyć (wszystkie screeny pochodzą z gry). Zawdzięcza to również charakterystycznemu dla tytułów japońskich stylowi. Jedyne na co można ponarzekać to praca kamery, którą często nie możemy operować, co z kolei skutecznie ogranicza pole widzenia i utrudnia poruszanie się, zwłaszcza w sekwencjach typowo zręcznościowych. Soundtrack to świetne połączenie ciężkich gitarowych brzmień przechodzących w pełne patosu partie, które budują ten typowy dla japońskiej stylistyki motyw samotnego wojownika bohatersko ścierającego się albo ze zbyt licznym, albo ze zbyt potężnym przeciwnikiem. Zresztą posłuchajcie:

DMC w każdej części ujmował grafiką i dźwiękiem, Japończycy potrafią robić dobre slashery, ale mimo wszystko trzeba przywyknąć do stricte japońskich standardów, czyli poza dobrą grafiką, soczystą walką i świetną muzyką musimy ścierpieć ciągłe bombardowanie fanserwisem, czyli zbyt krągłymi kobiecymi kształtami czy czasami trochę dziwacznymi projektami postaci.

Devil May Cry 4 to tytuł nietuzinkowy, wprowadzający nowe wątki i postaci do bujnego arsenału, jaki Capcom stworzył w trzech poprzedniczkach. DMC to tytuł oferujący może i trochę naiwną historię o miłości polaną japońskim sosem, która mimo wszystkie gdzieś tam głęboko potrafi zagrać na odpowiednich strunach ukazując to, że dla rzeczy ważnych gotowi jesteśmy poświęcić wszystko. Cała seria skradła mi wiele godzin, najpierw opowiadając o zażyłości dwóch braci, która finalnie pcha ich do walki między sobą na śmierć i życie, by finalnie opowiedzieć o młodym chłopaku, dla którego Dante z początkowego przeciwnika staje się mentorem i towarzyszem broni. O młodym chłopaku, który rzuca wyzwanie piekłu dla dziewczyny, której podarował naszyjnik.

 

Autor | Patryk Rudnicki