Były Sobie Gry#22 Rocket League

Żadna gra piłkarska nigdy nie skradła mojego serca. Dla mnie każda kolejna Fifka czy PES był tym samym z lepszą grafiką i jakimiś coraz bardziej udziwnianymi trybami. W dzisiejszym BSG jednak opiszę tytuł, który do piłki podchodzi inaczej. Opiszę grę młodą, bo zaledwie roczną, a opiszę ją, bo już dziś wiem, że będę do niej wracał tak często jak robię to teraz. Bo licznik na Steamie odmierza mi kolejną godzinę w niej spędzoną, a ja ciągle mam ochotę zagrać jeszcze jeden mecz, odblokować kolejny ozdobnik do mojego resoraka. Meine Dammen und Herren, dzisiaj rzecz będzie o Rocket League.

Premiera Rocket League miała miejsce w lipcu 2015, za sprawą studia Psyonix. Ta bardzo nietypowa gra piłkarska swoją nietypowość zawdzięcza w sumie jednemu zasadniczemu elementowi. W Fifie czy PES-ie kierujemy całą drużyną, tymczasem w RL kierujemy tylko pojedynczym resorakiem. Tak, resorakiem, nie człowiekiem. Samochodziki, którymi przyjdzie nam sterować przede wszystkim przeczą prawom fizyki. Boisko zamknięte jest klatką, przez co możemy jeździć po ścianach, nawet po suficie i odbijać sporą piłkę, by ta finalnie trafiła do bramki oponenta. Nie ma tu fauli, autów, spalonych. Jest czysta frajda, prędkość, dynamizm i akcja.

Z umiejętności nietypowych resoraki dysponują również możliwością skakania czy robienia salt. Ponadto zbierając odpowiednie kule napełniamy pasek nitro, które po odpaleniu stanowczo zwiększa prędkość z jaką nasz samochodzik pędzi w stronę piłki. Mecze rozgrywać można w kilku formułach, ustalając obszerność składów, rozmiar piłki czy nawet siłę oddziaływania grawitacji. Początek może okazać się trudny, łatwo tu o wrażenie, że za chwilę dostanie się epilepsji albo wylewu, bo dzieje się dużo i ciężko nadążyć za pędzącą piłką. Jednak prawdziwa magia Rocket League dopiero czeka na odkrycie.

Na magiczność, czy też miodność tytułu składają się dwie rzeczy. Pierwsza to możliwość dostosowania swojego resoraka według własnego widzimisię. Otóż rozgrywając kolejne mecze odblokowujemy kolejne elementy, dzięki którym personalizujemy swój samochodzik. Przez lakier, naklejki, body, antenkę, rodzaj płomieni nitra czy czapeczkę. O ile syndrom kolejnego meczu sprawia, że Rocket połyka czas jak pelikan ryby, tak drugie tyle spędzić można na tworzeniu własnej, wyjątkowej fury. Drugi element magiczny to fakt, że jest się jednym z kilku samochodów w drużynie. Chodzi tu w głównej mierze o granie przez sieć, czy ze znajomymi. Każda gafa czy spektakularna akcja wywołuję lawinę emocji/śmiechu/okrzyków rodem z prehistorii (niepotrzebne skreślić). Oprawa również zasługuje na pochwałę. Grafika nie jest może zjawiskowa, ale nie wydłubuje oka i za jej sprawą w piłkę na resoraki zagrać mogą posiadacze starszego sprzętu. Warstwa dźwiękowa to w głównej mierze chillowe rytmy odgrywane tylko w menu, podczas rozgrywki słyszymy tylko okrzyki publiczności i ryk silnika. Sam się temu dziwiłem, bo bez muzyki ciężko mi zaparzyć wodę na herbatę, a tutaj nie brakuje mi jakichkolwiek rytmów. Mieszanka jaką jest hałas boiska w zupełności wystarcza.

Rocket League jest młodziakiem, który już zagościł na tej przede wszystkim subiektywnej liście z prostej przyczyny. Nie jest to tytuł angażujący, przy którym człowiek chłonie historię i świat, jakby zaczytywał Tolkiena czy Martina. Jest on z kolei idealny na dni ciężkie, gdy w pracy znowu było do kitu, za oknem siąpi deszcz, a mózgownica zdolna jest tylko do tego by zmusić cię do ścigania piłki resorakiem z jęzorem na wierzchu. Ponadto Rocket jest idealny na posiadówki, dzięki możliwości grania na podzielonym ekranie czy zgadanie się z kumplami na pogranie w coś razem. Krótko mówiąc, RL znalazł się tutaj, bo już dziś, patrząc na to ile czasu spędziłem przy nim od momentu premiery, mam pewność, że często i gęsto będę znowu siadał za sterami mojego resoraka, by sobie po prostu postrzelać i poczuć te ogromną satysfakcję ze strzelenia gola, co akurat tutaj łatwe nie jest, a większość bramek siada z przypadku.

 

Autor | Patryk Rudnicki