Były Sobie Gry#25 Dragon Age: Początek

BioWare ma to do siebie, że tworzy RPGi zapisujące się w historii gier jako kultowe. Autorzy Baldur’s Gate’a, KOTOR-a czy Jade Empire popełnili też RPGa, który przeniósł gatunek w nową generację graficzną i sprawił, że przestał się on kojarzyć głównie z przestarzałą oprawą – pisze Patryk Rudnicki.

Dragon Age jest klasycznym RPGiem z perspektywą umieszczoną za plecami bohatera. Kierujemy w nim poczynaniami czteroosobowej drużyny, która ze wszystkich sił stara się uratować królestwo Fereldenu. Do cech charakterystycznych i rozpropagowanych właśnie przez speców z BioWare za pośrednictwem DA oraz Mass Effecta są wybory moralne towarzyszące większości zadań, których się podejmujemy. Śmiało można stwierdzić, że większość dialogów oferuje różne zakończenia, tak samo jak zadania, czy sama gra.

Skupmy się najpierw na fabule. Dragon Age ma swoje miejsce w fantastycznym królestwie Ferelden, zamieszkiwanym przez ludzi, krasnoludy oraz elfy. Ziemie te nie cieszą się spokojem, gdyż borykać muszą się z najazdami chord Pomiotów Chaosu, istot, których doszczętnie pokonać się nie da, które zawsze wracają, a którym podczas inwazji przewodzi arcydemon, tym razem przyjmujący postać smoka. Wcześniej, kiedy ludzkość bliska była wymarciu, do życia powołano zakon Szarych Strażników, czyli przedstawicieli wszystkich ras, którzy w ceremonii przyjęcia dodają do swojej krwi odrobinę tej pomiotowej. Większość kandydatów swoją karierę kończy zatem w momencie jej rozpoczęcia, z kolei ci, którzy przeżyją charakteryzują się ponadprzeciętnymi zdolnościami w walce oraz są w stanie odbierać komunikaty arcydemona, którego zabicie jest zawsze najwyższym celem członków zakonu. Grę rozpoczynamy od stworzenia swojej postaci od wyboru płci i rasy, poprzez customizację wyglądu. Każda z ras oferuje inny sposób rozpoczęcia rozgrywki, natomiast wydarzenia będące jej osią napędowa pozostają niezmienne. Otóż przy kolejnej już z rzędu inwazji na Ferelden młody król zbiera ogromną armię, aby wraz z Szarymi Strażnikami pozbyć się problemu już w zarodku. Podczas bitwy wydanej Pomiotom, zostaje on jednak zdradzony i rychło okazuje się, że ty oraz twój druh z zakonu jesteście jedynymi jego reprezentantami i osobami, które przeżyły rzeź. Ruszacie więc w drogę, aby uratować świat i oczyścić imię zakonu, który posądzany jest o zamordowanie króla.

Pod względem mechaniki Dragon Age godnie reprezentuje swój gatunek. Mamy więc drużynę, aktywną pauzę, pułapki, podziemia, poziomy, statystyki i umiejętności. Słowem: fan RPG poczuje się tutaj jak w domu. Rozwiązaniem innowacyjnym i ciekawym są wspominane na początku wybory moralne stawiane przed bohaterem. Sprawiały one, że często w trakcie rozgrywki zatrzymywałem się, by zastanowić się jak postąpić. Chociażby sytuacja, w której spotykając opętanego chłopca musimy podjąć decyzję: albo go zabijamy, albo ktoś musi poświęcić swoje życie, aby młody nie musiał już gościć w sobie demonicznego lokatora. Nasze wybory wpływają też na nasze relacje z drużyną, a po odpowiednim rozwinięciu tychże dojść może do sytuacji, w której pomiędzy naszą postacią, a jednym z kompanów narodzić się może uczucie, prowadzące nawet do łóżka. BioWare rozpętało zresztą sporą burzę w momencie wydawania swoich tytułów, ponieważ gracz ma tu również dowolność jeśli chodzi o orientację seksualną prowadzonej przez siebie postaci.

Graficznie Dragon Age prezentuje się jeszcze w miarę dobrze. Widać, że od 2009 roku producenci kart graficznych dokonali przeskoku na poziomie ewoluowania z jednokomórkowca do poziomu złożonego organizmu. Muzykę mogę określić jednym słowem: świetna. Szkoda tylko, że BioWare potrafił dobrze tytuły na rynek wprowadzać. Druga część serii była już straszliwie miałka fabularnie, a trzecia została zdominowana przez zadania rodem z MMORPG-ów (czytaj: zabij 10 szczurów w mojej piwnicy, a dam ci monetę). Podobnie zresztą prezentowała się sytuacja w Mass Effectcie. Podsumowując: pierwszego Dragon Age’a polecam gorąco, kolejne części ograć można, ale utwierdzą cię one tylko w przekonaniu, że ktoś tu coś spartolił i nie bardzo wiedział, jak to naprawić.

 

Autor | Patryk Rudnicki