Gdy opisywałem dla was serię Spellforce, w mojej głowie pojawiła się myśl, że jest przecież seria gier dla mnie wyjątkowa. Postanowiłem zatem przybliżyć wam ją w całości, ukazać proces jej rozwoju i wyjaśnić czemu skradła mi tak wiele czasu. Zatem przedstawiam serię Total War, a na pierwszy ogień pójdzie Rome.

Rome: Total War, jak sam tytuł wskazuje przenosi gracza w czasy starożytne i stawia przed nim zadanie budowy Imperium Rzymskiego. Po swojemu oczywiście. Przed częścią rzymską ukazały się jeszcze Shogun: Total War stawiający na realia feudalnej Japonii oraz Medieval przenoszący się do średniowiecznej Europy. Niestety ani jeden, ani drugi tytuł nie chciał już współpracować z moim sprzętem z racji wieku. Wracając jednak do Rzymu mamy tutaj do czynienia z miksem strategii turowej z RTSem. Otóż w trybie turowym zarządzamy prowincjami, rozbudowujemy miasta, powołujemy armie i wysyłamy je na podbój, z kolei w czasie rzeczywistym mają miejsce ogromne i charakterystyczne dla serii bitwy.

Rozgrywkę rozpoczynamy jako jedno z trzech stronnictw konkurujących o władzę nad raczkującym dopiero imperium. Dopiero całkowite podbicie innych grywalnych frakcji umożliwia graczowi przejęcie nad nią kontroli i daje możliwość zdominowania starożytnego świata za pomocą Grecji, Kartaginy czy Imperium Seleucydów. Początki oczywiście są skromne, tym bardziej, że dla stronnictw rzymskich jednym z głównych celów jest zapanowanie nad całą Italią. Jednak wbrew pozorom, Rzym zbudować można szybko i nawet nie wiadomo kiedy dochodzi do sytuacji, w której skarbiec mamy pełen, armie niepokonane, a jedyny podbój jaki przychodzi jeszcze zaplanować to jakieś wojenki ze Słowianami.

Gdy już gracz przebrnie przez pierwsze kilka tur, podczas których uda mu się zrozumieć systemy rządzące grą przychodzi czas na pierwsze podboje. Twórcy z Creative Assembly oddali do dyspozycji całe mnóstwo autentycznych i na miarę ówczesnej technologii wiernie odwzorowanych jednostek. Jedyne co nie udało się studio to prawidłowe przedstawienie falangi, czego zresztą nie nauczyli się do dziś. Bitwy rozgrywane w czasie rzeczywistym to crème de la crème wszystkich części serii. Starcia idące w tysiące żołnierzy, machiny oblężnicze, zwierzęta bojowe – wszystko to przekłada się na to, że w 2004 roku widoki oferowane przez Rome’a zapierały dech w piersiach. Dziś wygląda to znacznie gorzej, nie zapominajmy jednak, że CA w swoich tytułach zawsze wyciskało z ówczesnych maszyn co się dało.

Rome: Total War ma nadal swój urok, zresztą przez wielu graczy nadal uważany jest za najlepszą część serii, bo po dwóch częściach, który były swoistym odkrywaniem nowego lądu wśród gier wreszcie CA udało się wydać tytuł dopracowany i kompletny. Nadal nie sprawia on problemów z uruchomieniem na nowszym sprzęcie i niesamowicie wciąga. Ponadto dwa dodatki oferują taką ilość contentu, że równie dobrze można byłoby je wydać jako osobne tytuły.

Autor | Patryk Rudnicki