Były Sobie Gry#5: Lionheart: Legacy of the Crusader

Zabawa konwencją czy historią w grach komputerowych nie jest niczym rzadko spotykanym. Jednym wychodzi to gorzej, innym lepiej. Do tej drugiej kategorii zalicza się na pewno Black Isle Studios i ich Lionheart: Legacy of the Crusader.

Rok 1192, trzecia krucjata. Ryszard Lwie Serce zdobywa Akkę. Tu wszelaka zgodność z realiami historycznymi się kończy, reszta to już wyobraźnia twórców. Otóż angielski król po zdobyciu wspomnianego miasta domaga się okupu za trzy tysiące pojmanych jeńców od Saladyna. Ten nie płaci, w związku z czym, za namową swego doradcy Ryszard każe ich stracić. Okazuje się, że ów doradca tak naprawdę nie do końca chce reprezentować interesy swego władcy, a tym bardziej ludzkości, bo przez jego namowy, ma zamiast „zwykłej” kaźni miejsce rytuał Rozdarcia, za sprawą którego zacierają się granice pomiędzy wymiarami i do naszego świata przedostają się wszelkiego rodzaju potwory, demony oraz… magia. W świetle takiego zagrożenia krzyżowcy łączą siły z Saracenami i wspólnie walczą z wyzwolonym złem, finalnie doprowadzając do względnego pokoju, unikając zagłady całej ludzkości. Jednocześnie powstają dwa zakony: Templariuszy oraz Rycerzy Saladyna – zarówno jeden jak i drugi walczą dalej ze złem, które rozprzestrzeniło się po całym świecie. Poza wspomnianymi do życia powołana zostaje Inkwizycja, która stara się nie tylko zwalczać stwory czyhające na ludzkie życie, ale również wyplenić całą magię, która po Czwartej Krucjacie skierowanej przeciwko… smokom zostaje zakazana.. Teraz przenosimy się odrobinę w czasie: mamy rok 1588 – renesans, choć poza odkryciem Ameryki niewiele pokrywa się z historią znaną nam z kart podręczników.

Lionheart 1

Złe dobrego początki

 

W tym momencie jesteśmy rzucani w wir wydarzeń, które zatrzęsą światem w posadach. Otóż rozgrywkę zaczynamy dosyć nijako – w celi, jako przyszły – niedoszły niewolnik, poszukiwany podobno przez Inkwizycję. Na nasze szczęście objawia się przed nami duch (którego wybieramy na początku z trzech dostępnych), który jak najszybciej nakazuje nam ucieczkę. W tym samym czasie więzienie atakuje banda zabójców, szukających potomka Lwiego Serca. Stwarza to nam idealną sytuację do czmychnięcia w tym całym zamieszaniu, w której finalnie pomaga nam za pomocą magii teleportacyjnej nie kto inny, jak Leonardo da Vinci, w dodatku przenosi on nas do Barcelony! Oczywiście udało już ci się domyśleć, że to nasza postać w drzewie genealogicznym odnaleźć może Ryszarda Lwie Serce? Brawo Szerloku! Jak się dowiadujemy od naszego ducha, przyjdzie nam odegrać ważne role w nadchodzących wydarzeniach, a aby móc sobie z nimi poradzić musimy poszukać sobie sojuszników i tu podejmujemy wybór: wstąpić do Zakonu Templariuszy, czy reprezentować taki sam interes ludzkości w szeregach Rycerzy Saladyna.

Lionheart 2

Bo ja to tam lubię… na klasycznie

 

Lionheart reprezentuje gatunek klasycznych cRPGów, o których odrobinę wspominałem w swoim tekście o wymierających gatunkach gier komputerowych (jeśli nie czytałeś to jest tutaj). Sterujemy tutaj jedną postacią (czasem ktoś do nas dołączy, na początku jest to na przykład mały niedźwiedź, któremu myśliwy zabija matkę, a my decydujemy, czy bierzemy misia ze sobą czy dzielimy się zyskiem za jego skórę z wcześniej wspomnianym), którą tworzymy w rozbudowanym jak na 2003 rok kreatorze, wybierając jej rasę, główne cechy i atrybuty. Godnym wspomnienia jest fakt, że gra nie narzuca nam żadnej klasy postaci, kreujemy ją na własną rękę – wojownik machający ogromnym mieczem na prawo i lewo, wspierający się magią leczącą? Żaden problem!

Lionheart 3

Uratuj świat… kolejny… po raz następny

 

Lionheart to tytuł, któremu zarzucić mogę przede wszystkim przestarzałą, jak na tamte czasy oprawę. Sztampowo prezentowała się ona na tle wydawanego ówcześnie chociażby Morrowinda (o nim w serii również niedługo), a wyglądające na ręcznie rysowane tereny, na które nałożono renderowane w 3D budynki prezentują się, delikatnie mówiąc, nieciekawie. Owszem dało to grze możliwość uniknięcia efektu zestarzenia się grafiki (jak miało to miejsce we wcześniej opisywanym Maxie Payne’ie, czy wspomnianym Morrowindzie), ale pomimo wrażenia, że nie zalatuje tutaj kurzem, coś i tak kole w oko. Pod względem fabularnym, zastrzeżeń nie mam – jest ciekawie, jest zabawa historią, no może gdyby nie to, że po raz któryś z rzędu nasza postać jest Wybrańcem, Wyzwolicielem z Okowów i Jedyną Nadzieją Tego Łez Padołu. Po prostu dosyć często miałem wrażenie (i to grając w Lionhearta po raz pierwszy w życiu, jakieś 11 lat i 20 kilo temu), że rola jaką odgrywamy kreowana jest na wyrost. Pomimo kilku niedociągnięć, widać tutaj kunszt Black Isle Studios, czyli autorów takich perełek jak Fallout, Icewind Dale czy Baldur’s Gate II. Człowiek po prostu w to gra i przymyka oko na niedoróbki.

Autor | Patryk Rudnicki