- REKLAMA -

Lubię samotność. Naprawdę. Lubię robić jedną kawę na śniadanie i to, że telewizor włącza się od razu na moim ulubionym kanale. Samotność daje wolność, jakiej nigdy nie zaznamy przy drugim człowieku. Do czasu.

Samotne wyjście do kina, zwiedzanie muzeum, jednoosobowa podróż na drugi koniec Polski? Pewnie, zawsze i bez chwili wahania. Nie wstydzę się jeść samotnie obiadu w restauracji czy meldować się w hotelowej jedynce.  Mogę być sama rano, w południe, wieczorem i w nocy. Ale nie mogę być samotnym rodzicem. A każdego, kto daje sobie z tym radę, podziwiam szczerze i głęboko.

Mam wrażenie, że pewne aspekty rzeczywistości są dla nas niezauważalne, dopóki nie zetkniemy się z nimi na własnej skórze. Tego, jak wiele jest schodów w przestrzeni publicznej, nauczyłam się będąc zmuszona przemieszczać się przez dwa tygodnie o kulach. Nie żebym przed tym zdarzeniem sądziła, że niepełnosprawni mają łatwo, ale dopiero konieczność pokonywania kolejnych schodów i przejść podziemnych, wdrapywania się na wyższe piętra budynków uświadomiła mi dobitnie, jak wiele barier muszą pokonywać osoby niepełnosprawne. Dla mnie to były dwa tygodnie, zaledwie dwa tygodnie, kiedy regularnie spóźniałam się na autobusy i tramwaje, kiedy przychodziłam spóźniona na zajęcia i rezygnowałam z popołudniowej herbaty, bo na myśl o tym, że muszę po nią zejść dwa piętra niżej, naprawdę odechciewało mi się pić. A przecież dla niepełnosprawnychi to całe życie. Dzień w dzień, bez dnia wolnego i terminu, w którym udręka się skończy i można będzie znowu biec po dwa schodki do tramwaju.

Podobne refleksje naszły mnie niedawno, gdy spędziłam tydzień sam na sam z własnym, nie tak małym już dzieckiem. To naprawdę nic wielkiego, zwykła sprawa. Rano budzisz, dajesz śniadanie, zawozisz do przedszkola. Popołudniu odbierasz, robisz zakupy, obiad, bawisz się, myjesz, przygotowujesz ubranka na następny dzień i kładziesz spać. Codzienność każdego rodzica. Ale po kilku dniach zauważyłam, że terminy mi się nie spinają. Jakoś dziwnie brakuje mi kilku godzin do załatwienia wszystkiego, co powinnam. Kiedy do codziennej rutyny doszedł atak wiosennej alergii, konieczność zorganizowania nagłej wizyty u lekarza, później wykupienia leków, które znalazły się dopiero w trzeciej aptece, to mój „dług” wobec terminów urósł niemal do doby. Odrabiałam zaległości nocami, każdego dnia budząc się coraz bardziej zmęczona. Ale to nadal nie był problem. Wiedziałam, że za kilka dni wróci mąż, a wraz nim normalność, czyli możliwość dzielenia się obowiązkami. Ale co z tymi, którzy wiedzą, że nie ma terminu, w którym podzielą się obowiązkami?

Jak to jest mieć świadomość, że każdego dnia twoje dziecko zależy tylko i wyłącznie od ciebie? Że niezależnie od tego, jak wiele masz pracy, jak bardzo zmęczony czy chory jesteś, to ty musisz być osobą, która zawiezie je i odbierze z przedszkola, ze szkoły? Że jeśli nie zrobisz obiadu, to nie zje ciepłego posiłku, jeśli nie zdążysz zrobić prania, to nie dostanie czystego ubrania. A w dodatku musisz sam na to wszystko zapracować i mieć nadzieję, że starczy. Czy tego chcesz czy nie, stajesz się kimś w rodzaju zakładnika swojego rodzicielstwa, z nikłymi szansami na tupnięcie nogą i powiedzenie: teraz ja. To zawsze ty nie sypiasz nocami, kiedy dziecko choruje, to ty spędzasz dni w poczekalniach i przy szpitalnym łóżku, to ty dbasz o edukację, służysz za osobistego kierowcę i ty sam zbierasz cięgi, jeśli ci to nie wychodzi.  A czasami, siedząc na sejmowym korytarzu i żądając, by ktoś wreszcie usłyszał, jak jest ci ciężko, dowiadujesz się, że chcesz się wylansować na nieszczęściu swojego dziecka, a wszystko na czym ci zależy, to pieniądze na kino i restaurację…

Bo bycie samotnym z wyboru, to czasami radość. Bycie samotnym z musu, to nieszczęście. Bycie samotnym rodzicem, to ciężka praca, ale bycie samotnym rodzicem chorego dziecka, tak chorego, że nie ma daty, w której odstawi leki, zakończy rehabilitację i zacznie żyć własnym życiem, to więcej niż poświęcenie. Dlatego zamiast nauczać innych, co mają robić ze swoim życiem, jak sobie radzić z problemami, załóżmy na chwilę ich buty. Bo empatia rodzi się z doświadczenia. Trzeba wiele różnych stanów doświadczyć, by umieć zrozumieć innych. Tylko jak to świadczy o tych, którzy zrozumieć nie chcą?