„Cloverfield Lane 10” [RECENZJA]

Nie ma filmów idealnych, jednak co pewien czas trafiają się takie, które po prostu należy zobaczyć. W przypadku thrillerów takim filmem jest Cloverfield Lane 10

W czasach, kiedy udając się do kina o filmie wiemy już praktycznie wszystko, bardzo miło trafić na obraz, którego ten problem nie dotyczy. J.J. Abrams, szef wytwórni Bad Robot, dokonał rzeczy raczej obecnie niespotykanej: większość produkcji utrzymał w tajemnicy, a do tego zdecydował się wypuścić zwiastun, który powinien świecić przykładem dla innych. Intrygujący, pełen akcji, a tak naprawdę zdradzający jedynie ułamek fabuły. Godna pochwały postawa.

 

Jeszcze przed premierą spotkałem się z opinią, że jest to film przestarzały, nic oryginalnego, powielanie dobrze znanych schematów. Ot zagłada, jakiś schron, bunkier i kilku uwięzionych w nim bohaterów. To już było. Zgoda, jednak wszystko da się opowiedzieć na nowo, w sposób zaskakujący, dokąd niespotykany. A twórcom Cloverfield Lane 10 zdecydowanie się to udało. Dobrze znany strach Ameryki lat 50. przed nuklearną wojną, Związkiem Radzieckim i kosmitami wykorzystali na swój sposób, doprawiając tu i ówdzie, by ostatecznie zaoferować nam dobrze znane danie podane w postaci na tyle interesującej, że na samą myśl robimy się głodni.

Michelle (Mary E. Winstead), główna bohaterka, budzi się w nieznanym sobie miejscu. Przykuta do ściany, obolała, jedyne co pamięta, to że uczestniczyła w wypadku samochodowym. Przerażona stara się wydostać, zadzwonić po pomoc, gdy nagle w pomieszczeniu przypominającym celę zjawia się Howard (John Goodman). Postawny mężczyzna z wyglądu przypominający zboczeńca, czy nawet mordercę. Spokojnie tłumaczy, że świat uległ skażeniu po ataku nieznaną bronią, a on uratował jej życie wyciągając z wraku samochodu i przenosząc do swojego schronu.

Wkrótce odkrywa ona, że oprócz Howarda ocalał także Emmett (John Gallagher Jr.), człowiek odpowiedzialny za budowę tego miejsca, który widząc, że nadchodzi atak postanowił wprosić się do środka. Odtąd mają razem spędzić kilkanaście najbliższych miesięcy. Jednak czy uda im się znaleźć wspólny język, czy obdarzą się zaufaniem?

Cloverfield Lane 10 to reżyserski debiut Dana Trachtenberga, który miło zaskakuje. Film może i nie jest arcydziełem, jednak nie ma wielu technicznych aspektów, do których nawet zaprawiony kinoman mógłby się przyczepić. Warto także zwrócić uwagę na podobieństwo tytułów z filmem Cloverfield z 2008 roku (Projekt: Monster w Polsce): da się znaleźć pewne elementy wspólne, co z kolei może zapowiadać, że pojawią się następne pozycje, a kto wie, całość możne i zamieni się w swego rodzaju uniwersum. Ostatnio w kinie panuje moda na posiadanie swojego małego świata, w którym może rozgrywać się akcja coraz to nowych filmów. Mam także przeczucie, że planowana jest już kolejna część. Zwłaszcza, że pierwsza zapowiada niemały sukces.

Wspomnę także kilkoma słowami o zakończeniu. Nawet jeśli podejrzewałem, że tak może się to skończyć, to nie ukrywam, że udało się twórcom mnie zaskoczyć. Nie będę zdradzał szczegółów, jednak jest to z pewnością najistotniejszy zwrot akcji w całym filmie. Ostatnie kilkanaście minut może sprawić, że całkowicie zmieni się wasze zdanie o filmie. Jestem niemal pewien, że tak jak ja poczułem dreszczyk zadowolenia i satysfakcji, tak wiele osób wyjdzie z kina zawiedzionych czy też rozczarowanych. Wywraca on bowiem całość do góry nogami, sprawiając, że raz kolejny musimy przemyśleć wszystko co do tej pory widzieliśmy.

Dlatego długo się zbierałem by ostatecznie napisać tę recenzję. Z jednej strony uważam Cloverfield Lane 10 za najlepszy film, jaki było mi dane zobaczyć w tym roku. I to pomimo kilku drobnych niedociągnięć. Jednak z drugiej, gdzieś tam zdaję sobie sprawę z tego, jak wiele osób może poczuć wspomniane rozczarowanie. Mimo wszystko uważam, że należy go zobaczyć, by ostatecznie móc się samemu przekonać.

Autor | Patryk Wolny

Film obejrzałem dzięki uprzejmości Multikina