„BlacKkKlansman” to rasizm, humor oraz znakomity duet aktorski… i polityka. Spike Lee za cel przyjął sobie wytknięcie palcem wszelkich rasistowskich szubrawców – największego zostawił na koniec i tym zepsuł całą moc przesłania, które film ze sobą niósł.

Spike Lee nakręcił niezwykle groteskowy obraz rasizmu w Stanach Zjednoczonych. Problem w tym, że jego główne przesłanie ostatecznie się rozmywa. Przyznać muszę, że jest ono mocne, jednak w momencie, w którym wplątany zostaje w to prezydent Trump ,robi się niesmacznie. Przysłowiową kropką nad „i” staje się polityka. 

Wczesne lata siedemdziesiąte, młody Afroamerykanin Ron Stallworth (John David Washington) postanawia wstąpić na służbę w Departamencie Policji w Colorado Springs. Początkowo trafia do archiwum, jednak wkrótce udaje mu się wywalczyć udział w pierwszej misji w terenie jako tajniak. Po umiarkowanym sukcesie i kolejnej zmianie stanowiska trafia w gazecie na ogłoszenie rekrutacyjne Ku Klux Klanu i postanawia się zaciągnąć.

W infiltracji KKK pomaga mu biały kolega Filip Zimmerman (Adam Driver). Ron wykonuje i odbiera wszelkie telefony, prowadzi rozmowy z organizacją (tak nazywają ją jej członkowie), nawiązując znajomość z politykiem i Wielkim Mistrzem klanu Davidem Dukem (Topher Grace), natomiast Filip wciela się w Rona w terenie – uczestniczy w spotkaniach klanu. Czarnoskóry w szeregach Ku Klux Klanu brzmi jak prawdziwa farsa, jednak rzeczywistość nigdy nie jest czarno-biała.

„BlacKkKlansman” przy całej swojej powadze potrafi wywołać uśmiech na twarzy widza, jednak często pozornie zabawne sytuacje wcale takimi nie są. Niestety niekiedy humor jest czysto rasistowski (czegóż spodziewać się po KKK), lecz zamiast skłaniać do refleksji wywołuje na sali salwę śmiechu – co z kolei wpływa na wymowność przedstawionej sceny. Wynikać może to z pośpiechu, film trwa 128 minut, jednak mimo wszystko momentami nie trudno odnieść wrażenie, że wszystko dzieje się nazbyt szybko. Bohaterowie w mgnieniu oka zmieniają prezentowane palety emocji. Dobrym przykładem jest Laura Harrier (Patrice Dumas) przewodnicząca stowarzyszenia czarnych studentów, która opowiada Ronowi o policyjnej napaści na nią i jej przyjaciół (funkcjonariusze nadużyli władzy), a w następnej wesoło pląsa na parkiecie. Oba stany emocjonalne dzielą dosłownie sekundy.

Będąc przy bohaterach pochwalić należy obsadę aktorką, która została dobrana znakomicie. John David Washington idealnie odnajduje się w roli pierwszego czarnoskórego detektywa, a towarzyszący mu na ekranie Adam Driver trzyma równie wysoki poziom. Aktorów, wykreowane przez nich postaci, nie tylko przyjemnie się ogląda, nadają oni także wiarygodności całej historii. Łatwość, z jaką widz utożsamia się z nimi, stanowi bardzo istotną zaletę „BlacKkKlansman”, zwłaszcza, że film stawia na ludzi i problem rasizmu. Jeden z najlepszych aktorskich duetów tego roku.  

Na pochwałę zasługuje także muzyka i zdjęcia. „BlacKkKlansman” zdecydowanie zapracował na miano filmu dobrego, ale (tak, zawsze musi być jakieś ale) pośpiech, upraszczanie no i oczywiście samo zakończenie wywołują pewien niedosyt. Film zawiera wiele mocnych scen, daje także pole do oceny zarówno czarnoskórej społeczności, jak i członków Ku Klux Klanu – ukazuje, że ekstremiści (podobnie jak dzisiaj) znajdują się po obu stronach barykady. Można by pokusić się o stwierdzenie, że usiłuje  zachować pewną obiektywność (tematyka wyklucza pozostanie w pełni obiektywnym), by ostatecznie wpleść we wszystko dzisiejszą politykę – tak się nie powinno robić. Ostatecznie zamiast bardzo dobrego filmu w głowie pozostał jedynie kiepski polityczny manifest.


Autor: Patryk Wolny