We Wrocławskim Teatrze Lalek miała miejsce niezwykła inscenizacja opery „Czarodziejski flet”, przygotowanej specjalnie dla najmłodszych. Dlaczego niezwykła? Bo i dzieci i ich rodzice dali się całkowici oczarować muzyce i bohaterom historii. Jak za dotknięciem czarodziejską różdżką poddali się magii teatru. Magii, która wyzwoliła pokłady emocji często przez dorosłych głęboko skrywanych. 

Kiedy mój syn mieszkał jeszcze w moim brzuchu słuchałam muzyki klasycznej. Podobno „pomądrza”, jak czytanie i rozwiązywanie sudoku. Włączałam składankę przygotowaną specjalnie na okres zwany „przednarodzinami” i mówiłam do brzucha: słuchaj uważnie, kiedyś Ci się to przyda. I okazało się, że nauka nie poszła w las. Mój syn, dzisiaj już dziesięcioletni, w ostatnią sobotę zachwycił się i wrocławskim Mozartem granym przez Grzegorza Mazonia i wiedeńską muzyką napisaną przez Mozarta, a znaną mu …z brzucha. I ja dałam się zaczarować pięknej scenografii, kostiumom, a właściwie wszystkiemu. Marek Zakostelcki reżyser i scenograf, w swojej wielkiej miłości do mozartowskich arii zamarzył, by tą miłością natchnąć najmłodszych widzów. Całkowicie mu się to udało. Dzieci były oczarowane od pierwszej sceny, kiedy to Mazoń w stroju klasyka i trampkach pojawił się na deskach. Reagowały żywiołowo, co wywołało falę radości wśród całej publiczności. A to był dopiero początek. Później potoczyło się jak lawina. Śmiech, wzruszenia i dziecięca swoboda odbioru. Bez zadartego w chmury nosa.

Reżyser spełnił swoje marzenia, a wszystkich nas zabrał w podróż po baśniowo muzycznym świecie. Działo się w nim niezwykle i kolorowo. Ani na moment nie wdarła się żadna fałszywa nuta. Na scenie wrzało jak w tyglu. Tempo narzucone przez ekipę realizatorów wprowadzało niesamowitą energię. Raz po raz zmieniali się bohaterowie i każde ich wejście powodowało salwy śmiechu i braw. Trzy damy z Królową Nocy, Książę Tamino i Pamina, Papageno z Papageną. Wszyscy spełnili swoje zadanie. Pokazali, że opera, to nie skostniały twór, a miłość jest królową wszystkich królowych.

Za sprawą utalentowanej Elżbiety Chowaniec libretto „Czarodziejskiego fletu” zostało  zmyślnie przycięte. Tak dobrze zaadaptowane, że w niespełna dwugodzinnym spektaklu zmieściła wszystko, co potrzebne by dobrze opowiedzieć historię i nie zanudzić widza. Ale jakie dziecko by się nudziło, gdyby na jego oczach działy się takie cuda? Nie dość, że Mozart obsługiwał liczne instrumentarium od pianina, poprzez perkusje, gitarę, aż do kontrabasu i oczywiście fletu, to na dodatek w zaczarowanym oknie sceny wszystko zmieniało się jak w kalejdoskopie. Historia plotła się wesoło i czarodziejsko. A mnie serce rosło, gdy słyszałam z widowni cienkie głosiki najmłodszych widzów podpowiadające aktorom, kto gdzie się ukrył, albo dlaczego ktoś nie może mówić. On nie może mówić, bo go zaczarował zły pan, padło z sali i było dobrze słyszalne przez aktorów, bo mam wrażenie, że przez ułamek sekundy na ich twarzach zagościł prywatny uśmiech.

I co najważniejsze: trzeba przyznać, że aktorzy Wrocławskiego Teatru Lalek podołali niezwykle trudnemu zadaniu. Zaśpiewali wszystkie partie operowe znakomicie, a przecież nie są śpiewakami. Mazoń zagrał na wszystkim, co mu w ręce wpadło. Ogromne brawa zgarnęła Patrycja Łacinia-Miarka za popis w najtrudniejszej arii Królowej Nocy. Papageno, Marek Koziarczyk wokalnie także bardzo dobrze sobie poradził. No i nie omieszkam tu nadmienić, że został ulubieńcem mojego syna. A konkurencję ma niezłą, bo i Spidermana, i Wolverina, i Żółwie Ninja i Tora i wielu, wielu innych. Trudno nie wspomnieć o przezabawnym trio w ogromnych perukach: Anna Bajer, Kamila Chruściel, Jolanta Góralczyk. Panie dostarczyły nam i dawki humoru i radości z samego oglądania ich miotających się miedzy falbanami własnych sukien. Marta Kwiek niczym różowa beza w pogoni za ukochanym była urocza i zabawna. Krzysztof Grębski w prosty, ale przekonujący sposób przedstawił postać kapłana Sarastro. Zaś Sławomir Przepiórka przeszedł już samego siebie jako lekko zniewieściały Tamino. Edyta Skarżyńska nie była na scenie zbyt długo, jednak jej pojawienie się najpierw dodało tajemniczości a późnij wybuchło feerią barw i miłości. Pełne humoru dialogi i doskonała gra aktorów zapracowały na rzeczywisty sukces tego przedstawienia.

Życzę wszystkim Wam, swojemu synowi, i sobie by we Wrocławskim Teatrze Lalek było więcej takich spektakli. Pełnych kolorów, ciepła, humoru. Takich, które spełniają oczekiwania zarówno estetycznie, jak i merytorycznie. Takich, które nie są sztuką dla sztuki. Nie pozostaje mi nic innego, jak tylko wysłać wszystkich na „Czarodziejski flet”. Bilety we własnym zakresie.

Autor | Sabina Misakiewicz