Autonomiczny samochód sterowany przez algorytmy sztucznej inteligencji natrafia na problem, którego każde rozwiązanie jest złe. Bo co zrobić, gdy na jezdnię wybiegnie dziecko, a nie ma już możliwości zahamowania? Trzeba skręcić. Jeśli skręci się w lewo, zaboje się psa. Jeśli w prawo – samochód zderzy się ze ścianą prawdopodobnie zabijając pasażerów. Samochód wybiera śmierć psa. Ale jeśli zamiast psa po lewej stronie umieści się grupę rowerzystów? Czyje życie ma wówczas zakończyć wehikuł? Najstarszych członków całego zdarzenia – twierdzą badani, którzy wzięli udział w teście MIT Media Lab, który miał sprawdzić jakie zasady moralne należy zaprogramować samobieżnym maszynom.

Szkoda, że my jako ludzie nie mamy wgranych podobnych zasad – pomyślałam w trakcie projekcji filmu „Zabawa, zabawa” Kingi Dębskiej. Filmu, który mną wstrząsnął i pozostawił z pytaniem: co jeszcze musi się stać, by społeczeństwo zaczęło reagować? Bo jak nazwać fakt, że mężczyzna, prawnik, osoba w pełni władz umysłowych i z wiedzą umożliwiającą zapobieżenie katastrofie pozwala pijanej w sztok koleżance, ba – nawet romantycznej partnerce!, wsiąść za kierownicę samochodu i odjechać? Jakimi słowami określić to, że personel szpitala, mający świadomość uzależnienia od alkoholu pani ordynator, pozwala jej wydawać opinie i operować? I twarz matki, która ma pełną świadomość, że jakaś pijana baba właśnie kroi jej dziecko… Wyłam w środku patrząc na to. Wyłam wyobrażając sobie, co bym w takiej chwili czuła. Jasne, mam dziennikarską legitymacje i cięty język, pewnie postawiłabym na nogi pół kraju. Ale co ma zrobić ktoś, komu brakuje tych atutów? Kto nie ma siły przebicia, kto często nawet nie wie, jakie ma prawa? A przecież nie powinien robić nic. Bo taka sytuacja nie powinna w ogóle mieć miejsca.

Nie rozumiem nie odzywania się w imię spokoju. Lub z lęku. Z nadzieją, że może nic się nie wydarzy. Że pijana koleżanka jednak nie wjedzie w przejście podziemne, nie staranuje przystanku pełnego ludzi, nie zabije dziecka wracającego do domu. Że pijany przełożony jednak wykona zadanie właściwie, rozpozna chorobę, problem, otworzy klatkę piersiową i przeprowadzi skomplikowaną operację będąc odurzonym, mając zachwianą możliwość oceny rzeczywistości.

Stoczyłam w życiu wiele dyskusji na temat odpowiedzialności osób postronnych za zachowanie pijanych. Są mi one wyciągane za każdym razem, gdy ktoś chce udowodnić moją nieczułość, bezduszność i brak więzi rodzinnych. Więc jestem nieczuła, bezduszna i brakuje mi więzi rodzinnych. Bo widząc kogoś bliskiego, kogokolwiek zresztą, wsiadającego za kierownicę „na gazie” – zabieram kluczyki. Jeśli nie jestem w stanie, dzwonię na policję i informuję, że ta i ta osoba, poruszająca się takim samochodem na tej i tej trasie, jest pod wpływem alkoholu, o czym mogę zeznać pod przysięgą. Szczęśliwie nigdy nie musiałam takiego telefonu wykonać. Prawdopodobnie dlatego, że każdy, kto to usłyszał z moich ust, miał pełną świadomość, że nie są to czcze groźby. Woleli – nawet wyzywając mnie, grożąc – oddać kluczyki. Kiedyś nawet pewien znajomy zadenuncjował mnie przed mężem: – Wiesz, że twoja żona doniosłaby na ciebie na policję, gdybyś wsiadł za kółko po drinku – zapytał, oczekując najwyraźniej, że za chwilę zostanę przywołana do porządku, lub przynajmniej będzie mógł rozkoszować się chwilą utyskiwania na mój paskudny i w pewnym kwestiach zerojedynkowy charakter. – Mam tego pełną świadomość, szkoda, że tak niewiele osób ma tyle odwagi – odparł mąż.

Poinformowałam również pijanego szefa, że jeśli nie zakończy przystawiać się do młodej pracownicy, czym stawia ją w bardzo trudnej sytuacji, to sama własnoręcznie zaprowadzę ją następnego dnia do prokuratury, by złożyła zawiadomienie o molestowaniu. Zamachnął się tak, że nie dostałam w twarz tylko dzięki refleksowi. Po wytrzeźwieniu nie mógł spojrzeć mi w oczy. Przez wiele tygodni schodził mi z drogi, był jak snujący się korytarzami cień. Aż kiedyś wreszcie mi podziękował. Za to, że przywołałam pijanego durnia do porządku, bo gdyby nie to, nie wiadomo jakich problemów narobiłby sobie, a tym bardziej tej dziewczynie.

Mój tata, świetny kierowca, mówił mi odkąd pierwszy raz usiadłam za kierownicą, że spoczywa na mnie ogromna odpowiedzialność. Bo jeśli zrobię krzywdę sobie, to oczywiście będzie to dramat dla mojej rodziny. Ale jeśli przez moją głupotę, brawurę, bezmyślność ucierpi ktoś postronny, to wyrzuty sumienia nie dadzą mi żyć. Często przytaczam te słowa, a nawet nieco poszerzam zakres ich odniesień. Bo myślę, że zaniechanie działania jest przyczynieniem się do nieszczęścia i wzięciem na siebie części odpowiedzialności. Za matkę z córką, które wyszły na rowerową przejażdżkę, ale już nie wróciły, bo pijany kierowca wypadł z łuku drogi wprost na nie, za wszystkie osierocone dzieci, za płaczących rodziców. Alkohol jest dla ludzi, nie przeczę. Ale odpowiedzialność jest za ludzi. I warto o tym pamiętać.