„The Garbage Helicopter” to prawdziwa perełka – film drogi pełen zaskakującego czarnego humoru. Czekam, aż wejdzie do dystrybucji w Polsce – pisze Michał Hernes.

W miniony weekend w 45 kinach w całej Europie, w tym kilku w Polsce, pokazywano pięć światowych filmowych premier prosto z festiwalu w Rotterdamie. Po każdym z filmów miały miejsce spotkania z ich twórcami, a widzowie mogli zadawać im pytania za pośrednictwem Twittera.

To świetna inicjatywa, znakomity festiwal i bardzo dobre filmy. Od pierwszego wejrzenia zakochałem się w filmowym „klanie tygrysa” (jak nazywa się uczestników i entuzjastów tej zacnej imprezy).

Największą tegoroczną perełką był szwedzki „The Garbage Helicopter”, czyli… śmieciowy helikopter (o dziwo nie jest on czymś w klimacie „Jesieni w Pekinie” ze słynnej powieści Borisa Viana). To czarno-biały film drogi z muzyką klasyczną i zaskakującym, surrealistycznym poczuciem humoru. Debiut Jonasa Selberga Augustséna przywodzi na myśl dokonania Jima Jarmuscha i Akiego Kaurismakiego. Warto odnotować, że Szwed nie ograniczył się tylko do wyruszenia w podroż z trójką aktorów, zdając się na przypadek i improwizacje. W „The Garbage Helicopter” wszystko jest starannie przemyślane. W tym szaleństwie naprawdę tkwi metoda!

Głównymi bohaterami tego filmu jest trójka romskiego rodzeństwa, która decyduje się przejechać tysiąc kilometrów, żeby zawieść swojej babci… zegar ścienny. Czy im to się uda? Kogo napotkają na swojej drodze? Czy podróż ich odmieni?

Mam nadzieje i trzymam kciuki za to, żeby więcej polskich – i nie tylko – widzów miało okazję się o tym przekonać.

Autor | Michał Hernes