Dobrze zapowiadające się widowisko cierpi z powodu niewykorzystanego potencjału, to mógł być bardzo dobry film. Za sprawą kilku złych decyzji jest ledwie dobry i to tylko dlatego, że wprowadza do kin swojski powiew świeżości.

Szczerze powiedziawszy, najnowszy film Michala Kollara jest tak dobry, że aż momentami zły. Twórcy dla swojego kryminału politycznego na tło fabularne wybrali bardzo ciekawy okres, otóż osadzenie akcji w czasach postkomunistycznych z intrygą, w którą wmieszane jest UB i dwulicowy Kościół brzmi jak recepta na kinowy sukces.  W dodatku film wręcz ocieka ciężkim klimatem. Brud wylewa się z ekranu, aktorzy, zwłaszcza ubeckie mordy, zostali dobrani idealnie do swoich ról. Można by spytać, czegóż chcieć więcej – ot choćby dobrego scenariusza, który nie przypomina szwajcarskiego sera.

Historia podąża śladami Richarda Krauz (Maciej Stuhr) gliny z wydziału zabójstw, który wraz ze swoim partnerem Eduardem Burgerem (Marián Geišberg) wpadają na ślad morderstwa pewnego księdza. Sprawa wychodzi na jaw przypadkiem, kiedy to na cmentarzu podczas przenoszenia grobu, z trumny wypada trup. Warto dodać, że w czaszce ma kilkucentymetrowy gwóźdź, połamane palce, i ślady wbijania igieł pod paznokcie, a w dodatku wszystkie poszlaki prowadzą w stronę UB i Kościoła. W tym momencie całość ma jeszcze jakiś sens. Niestety dalej spójność i logiczność potrafi się mocno rozjechać. Główny bohater biega w kółko, nie dość, że zachowując się momentami irracjonalnie, to jeszcze najwyraźniej robi to (naraża swoje życie) dla sportu. Scenarzysta zapewne uznał, że postaci nie muszą mieć wcale motywacji, grunt, że będą po prostu robić swoje, kalkując stereotypy kina amerykańskiego.

Możliwe, że to brak doświadczenia, presja, lub zwykły przerost formy nad treścią, jednak oglądając ma się to nieodparte wrażenie, że reżyser wraz ze scenarzystą pogubili się we własnym dziele. Dobrze choćby świadczy o tym sam tytułowy Czerwony kapitan (Oldřich Kaiser), który w całym filmie ma rolę podobną. Odpowiada na jedno pytanie bohatera, które pozwala pójść dalej z opowieścią i to praktycznie całość. Wszystkie pozostałe sceny równie dobrze można by wyciąć bez szkody dla historii.

Choć nieco ironicznie, jednak to właśnie scena rozmowy Kapitana z Krauzem zapadła mi najbardziej w pamięć. Klimat tego właśnie ujęcia mnie osobiście zachwycił. Małą zagracona chata gdzieś na obrzeżach nigdzie, dwóch brutalnych mężczyzn siedzących po przeciwnych krańcach stołu a pomiędzy nimi lampa naftowa, której światło z trudem rozgania panującą wewnątrz ciemność. Wygląda to dobrze, podobnych scen w całym filmie jest znacznie więcej i zaraz obok dobrze dobranych aktorów to właśnie one budują ten znakomity klimat i w dużej mierze wpływają na ostateczną jakość Czerwonego kapitana.

Przysłowiową łyżeczką dziegciu jest polskie wydanie Czerwonego kapitana. Dystrybutor zdecydował się na nagranie dubbingu (film oryginalnie jest po czesku) co, niestety, woła o pomstę do nieba. Niestety efekt jest bardzo słaby, co, zwłaszcza na początku, mocno kłuje w uszy. Osobiście bardzo liczyłem na wersję z napisami (nie jest obecnie dostępna) bo ufam, że jeszcze silniej wpłynęłoby to na odbiór klimatu w filmie.

Czerwony kapitan to takie genialne dziecko, którego potencjał został zmarnowany przez ambicje rodziców. Mieli w ręku prawdziwy skarb, jednak nie bardzo wiedząc co z nim zrobić, zrobili cokolwiek, bo czemu nie. Nie oznacza to, że film należy skreślić i posłać prosto do kosza. Pomimo klisz gatunkowych sam postkomunizm wnosi na ekrany kin wiele świeżości. Widać także pieniądze i zaangażowanie aktorów pomimo średnio napisanych ról. Gdyby tak przymknąć oko na niektóre elementy (dubbing) i zaakceptować dziwną fabułę to można spędzić całkiem udane dwie godziny.

Autor | Patryk Wolny

Film obejrzałem dzięki uprzejmości Multikina