Dziś w felietonie mniej o technice, więcej o filozofii, kasie i osiągnięciach naukowych. Do napisania tego artykułu zmusił mnie… sztuczny stek, wyhodowany z komórek macierzystych krowy. Niełatwo ekologowi po czymś takim pozbierać się intelektualnie. Ba! Trudno człowiekowi, nawet współczesnemu i cywilizowanemu, przełknąć taką „mięsną” nowinę. Pomimo że wszyscyśmy się tego spodziewali…

Poddając się autoterapii, pisze tę rozprawkę.

 

Ubój rytualny vs schabowy bez głowy

Wielka i ostra debata w sprawie uboju rytualnego przetoczyła się przez Polskę. Stawiano w niej pieniądze przeciw cierpieniu zwierząt. W końcu Sejm wybrał stratę ekonomiczną na rzecz zysku moralnego. Nie będę oceniał tej decyzji. Chcę zwrócić jedynie uwagę, że w XXI wieku dominować będą takie właśnie wybory – miedzy moralnością a pieniądzem.

W dziedzinie żywności, początkiem rozterek etycznych było GMO, czyli produkcja genetycznie modyfikowanych organizmów. Przykłady takich stworzeń znajdziemy zarówno w świecie zwierząt: dorodne łososie z genami węgorza, jak i roślin: słynna soja czy kukurydza energetyczna. W przypadku GMO, na szali przeciwstawiamy prawa natury, dużej wydajności hodowli i niskim cenom produktów rolnych. Wspomniany, syntetyczny stek, otworzył kolejny front – tanie mięso dla każdego bez konieczności hodowania i zabijania zwierząt. Pojawiły się już argumenty, że ogromu ludzkości nie da się wyżywić w inny sposób. Podobnie mówił Chruszczow, obsadzając azjatyckie pustynie kukurydzą, na wzór amerykański…

Czy hodowanie schabowego „bez głowy” jest moralne? Ta debata niebawem ogarnie cały świat. Musimy przez nią przebrnąć, bo rękawica została rzucona. Dyskusja jest niezbędna.

 

Być czy mieć?

W świecie zachodniego dobrobytu zastraszająco spada dzietność. Przyczyny zostawmy socjologom, bowiem w tej rozprawie są mniej istotne. Ważny jest efekt – coraz mniej rąk do pracy, kurczące się przychody, w efekcie niższa jakość życia. Mniej liczne młode pokolenie nie utrzyma żyjących coraz dłużej seniorów, pobierających dożywotnie renty i emerytury. Bismarckowski system emerytalny upada z dnia na dzień a młodzi też nie garną się przesadnie do pracy. Jest nam za dobrze, nie dostrzegamy góry lodowej, która się zbliża.

Rozwiązania problemu emerytalnego są dwa: wpuścić do nas obcych kulturowo emigrantów… albo przestać umierać! Tak, żyć dłużej, w zdrowiu i zdolności do pracy. Science fiction? Bynajmniej! Jeśli w systemie nie ma nowych jednostek, to trzeba dłużej eksploatować stare, doświadczone modele, z odchowanymi dziećmi i świetnym CV. Biologicznie nie ma problemu! Nasze organizmy, poza układem nerwowym, który korzystając z zapasu komórek starczy nam na ok. 300 lat, nie zużywają się w wyniku funkcjonowania. One są zaprogramowane, żeby się coraz gorzej regenerować, doprowadzając nas w efekcie do naturalnego końca. Śmierć w przyrodzie jest potrzebna: organizm musi wydać potomstwo a potem zrobić mu miejsce w ekosystemie, umierając. Pamiętajmy, że ewolucja zachodzi jedynie przy narodzinach. Dlatego im więcej pokoleń w krótkim czasie, tym zmiana zachodzi szybciej. Taką drogę wybrały m.in. drapieżniki. Żyją krócej, żeby szybciej ewoluować i dostosowywać się do rozwoju swoich ofiar. Te „wyścigi” pomiędzy drapieżnikami i ofiarami w genetyce nazwane zostały „syndromem Czerwonej Królowej”. Samo określenie zjawiska zaczerpnięto z „Alicji w Krainie Czarów”. Oznacza ono, że aby stać w miejscu trzeba szybko biec. Kto nie biegnie, ten się cofa i w efekcie ginie. Tak w książce postępowała Czerwona Królowa.

Nawet dziś potrafimy wyrwać człowieka spod praw genetyki. Są substancje, takie jak rapamycyna, które przedłużają życie ssakom nawet o 38 %. Trwają prace nad blokadą genów, odpowiedzialnych za starzenie. Stawiam tezę, że pokolenie dzisiejszych 30-latków będzie żyło 150 -200 lat, w dobrym zdrowiu i zdolności do pracy. To niezbędne, inaczej nasz wygodny świat rozsypie się w proch. Naukowcy umotywują etycznie sztuczne życie, dając również możliwość nie przyjmowania leków na długowieczność np. ze względu na poglądy religijne. Ich zażywanie tożsame będzie z przechodzeniem na emeryturę np. w wieku…120 lat. Czy pojawi się policja długowieczności, sprawdzająca „normalnych” emerytów pod kątem nielegalnego przyjmowania środków na przedłużenie życia? Co na to przywódcy religijni? Myślę, że przekonamy się o tym naocznie w ciągu następnych kilkunastu lat.

 

Alter ego uratuje nam życie

Spod doboru naturalnego wyrwaliśmy się już w XX wieku. Zastanówmy się, ilu z nas medycyna uratowała zdrowie a nawet życie, pozwalając nam założyć rodziny? Ile dzieci musiałoby umrzeć, gdyby nie szczepionki czy penicylina? Dzięki nowoczesnej i powszechnej medycynie nasz gatunek osiąga wielki sukces. Co na to religie? Świadkowie Jehowy do dziś nie mogą mieć przetaczanej krwi lub używać preparatów krwiopochodnych. Stwarza to zagrożenie życia przy nawet błahych zabiegach chirurgicznych, nie wspominając o leczeniu białaczki.  Kościół katolicki stosunkowo dobrze przyjął zdobycze medycyny ratujące życie. Gorzej poradził sobie z rozrodem. Batalia o  invitro ciągle trwa. Zmiany światopoglądowe nie są tak szybkie jak postęp naukowy. Z pewnością pojawią się tarcia.

Kolejnym wyzwaniem dla przywódców religijnych będzie hodowanie całych organizmów ludzkich lub ich fragmentów „na części zamienne”. Każdego przecież może dopaść zawał serca lub uszkodzenie nerek. Bogaci amerykanie czy europejczycy chcieliby mieć swoisty „sklep z częściami do człowieka”, kompatybilnymi z ich organizmami. Jest to ważne również ze wspomnianych względów ekonomicznych. Nie stać nas na śmierć wykształconych, płacących podatki obywateli. Poza tym w naszym świecie śmierć jest wstydliwym tabu. Jest brzydka i ostateczna. Będziemy starali się jej unikać za wszelką cenę.

Co w pędzie naukowym zrobiliśmy z tysiącletnią wiarą, rozpraszającą dotychczasowe rozterki egzystencjalne? Współczesny stosunek do niej można skwitować żydowską anegdotą: „Pewnego razu Żydów nawiedziła wielka susza. Zdesperowani przyszli  do rabina z prośbą, by wymodlił deszcz. Rabin popatrzył na załamanych sąsiadów i powiada: nie będzie deszczu bo nie ma w was wiary. Gdybyście wierzyli, to przyszlibyście z parasolami!”. Kotlet ze sztucznej krowy nie wymodli nam spokoju ducha.

 

Autor: Paweł Karpiński

 

O AUTORZE:

Paweł Karpiński – 34 lata, Pełnomocnik Marszałka Województwa Dolnośląskiego ds. Odnawialnych Źródeł Energii, wicedyrektor Wydziału Środowiska Urzędu Marszałkowskiego Województwa Dolnośląskiego, członek zarządu Towarzystwa Urbanistów Polskich we Wrocławiu, członek Polsko-Saksońskiej Grupy ds. Rekultywacji Terenów Powydobywczych Węgla Brunatnego. Z zawodu ekolog, z zamiłowania turysta kresowy, zdobywca górski i trochę żeglarz