Elektrownie wiatrowe, potocznie nazywane wiatrakami, są bardzo popularnymi urządzeniami „typu OZE”. Ich spektakularny wygląd i hipnotyczny ruch łopat wprawia ludzi w zachwyt lub wywołuje u nich silną niechęć. Mało kto wobec tych białych kolosów pozostaje obojętny.

Czy wiatrakowa rewolucja, która opanowuje Polskę jest dla nas korzystna? To pokaże czas. Naszą rolą jest nie powielać błędów „wiatrakowych pionierów” z Europy Zachodniej. Czy nam się to uda?

 

Szybki start

Farmy wiatrowe, składające się z kilkudziesięciu wiatraków, mają ogromną moc. Przy odpowiednim wietrze są w stanie wyprodukować  bardzo dużo „odnawialnego” prądu. Jednak ta energia jest nieprzewidywalna, uzależniona wyłącznie od chwilowego stanu  pogody. Farmy wiatrowe gwałtownie startują i równie szybko zatrzymują się, dając trudne do buforowania impulsy energetyczne. To wada wiatraków. W kilku krajach z tego powodu operatorzy elektroenergetyczni mają prawo nawet wyłączać wiatraki. W Hiszpanii pracują one jedynie w 50% swych możliwości. Dlatego istotne jest magazynowanie energii wytworzonej przez turbiny wiatrowe. Robi się to przede wszystkim poprzez elektrownie szczytowo-pompowe, których w naszym kraju brakuje. Na świecie intensywnie  pracuje się również nad innymi formami taniego magazynowania prądu. Ale o tym w innym „odcinku”.

Dziś montuje się w Polsce przeważnie nowe urządzenia. Niestety, na początku krajowej przygody z wiatrakami były to często wyeksploatowane urządzenia z zachodu, które bardziej opłacało się utylizować w Polsce niż za granicą. To mroczny i wstydliwy okres w polskiej energetyce wiatrowej. Niestety, wynikał z braku przepisów o utylizacji urządzeń elektrycznych oraz ogólnie słabej kondycji ekonomicznej naszego kraju w tamtych czasach. Dziś mamy ustawę o zużytym sprzęcie elektrycznym i elektronicznym. Poprawiła się również kondycja finansowa naszych firm. Jest znacznie lepiej.

 

Panie, to szatan zesłał!

Po wejściu Polski do UE stało się jasne, ze na odnawialnych źródłach energii można zarobić. W tamtym czasie synonimem OZE były właśnie wiatraki: wielkie i nowoczesne machiny postępu. Idei innowacji, ale przede wszystkim wizji finansowych profitów uległo bardzo wiele dolnośląskich gmin, wpisując energetykę wiatrową do swych miejscowych planów zagospodarowania przestrzennego. Dodatkowo zachęcali do tego wiatrakowi inwestorzy i sami rolnicy, którym obiecano pokaźne kwoty za dzierżawę gruntów pod elektrownie wiatrowe. Powszechne stało się „rezerwowanie” terenów pod wiatraki poprzez podpisanie niekorzystnych dla rolników umów, które blokowały inwestycyjnie te tereny. W umowach wpisano godną zapłatę, ale dopiero po wybudowaniu wiatraków! Pazerność nie popłaca: gubi rolników ale i same gminy. Duża przychylność farmom wiatrowym, oferowana przez samorządy, wynikała z 2% podatku od budowli, spływającego rok rocznie do kasy gminy. A wiatrak to drogie urządzenie. Pokaźne dochody ostatecznie uszczuplił Trybunał Konstytucyjny orzekając, że zgodnie z prawem budowlą jest jedynie fundament i maszt a nie ruchoma gondola! A wartość ma właśnie gondola…

Zapisy w planach przestrzennych jednak pozostały, klamka zapadła, kobyłka u płota.  Gminy poczuły się wściekłe i oszukane. Postanowiły więc walczyć z wiatrakami. Stąd akcje protestacyjne a czasem nawet bójki na spotkaniach z inwestorami. Prawo, w tym miejscowe – gminne, jest jednak po stronie wiatrakowców. Ludność używa więc argumentów okultystycznych: konszachty z diabłem, kury się nie niosą, krowie pozamieniały się łaty w nocy. Klasyczna donkiszoteria 😉

 

Czy wiatraki zabijają?

Pomimo panującej opinii, że wiatraki szkodzą ludzkiemu zdrowiu, nie ma naukowych i prawnych potwierdzeń ich negatywnego oddziaływania. W Polsce przyjmuje się 5 krotną wysokość wiatraka, jako bezpieczną odległość elektrowni wiatrowej od siedzib ludzkich. Jest to w praktyce ok. 500 m. W tej odległości natężenie dźwięków jest znikome a promieniowanie elektromagnetyczne nie dociera do mieszkańców. Potwierdzeniem bezpieczeństwa środowiskowego jest obowiązek uzyskania przez inwestora decyzji środowiskowej, popartej szczegółowym raportem oceny oddziaływania farmy wiatrowej na środowisko.

Pozostają jeszcze zderzenia ptaków z wiatrakami. Rzeczywiście, zdarzają się. Jednak nie częściej niż kolizje ptaków z dużymi oknami, mostami czy liniami energetycznymi. Wiatrak to zwykłe urządzenie techniczne. Nie ma w nim złych mocy poza elektryką 😉

 

Wiatraki na Dolnym Śląsku

Na Dolnym Śląsku nie ma najlepszych warunków do rozwoju energetyki wiatrowej. Z jednej strony wiejące tu wiatry są nieregularne i zdecydowanie słabsze niż np. na Pomorzu. Z drugiej zaś strony, wiatraki silnie ingerują w krajobraz. Nasz region jest bogaty w formy ochrony przyrody i krajobrazu, mamy wiele zabytków architektury i unikatowych założeń urbanistycznych. Nie wyobrażam sobie budowy wiatraka przy zamku Książ. Pamiętajmy również, że zbudowanie wiatraka na swoim terenie ogranicza możliwość wykorzystania gruntów przez okolicznych właścicieli a więc i obniża wartość ich nieruchomości. Minimalna odległość wiatraka od zabudowań musi być przecież zachowana.

Na przekór przeciwnościom, wiatraki powstają w naszym regionie. Najlepszym miejscem do lokalizowania farm wiatrowych jest pas autostrady A4. Róża wiatrów umożliwia tam efektywne działanie turbin, teren jest mocno przekształcony krajobrazowo i słabo zamieszkany. Dlatego dwie pierwsze farmy wiatrowe na Dolnym Śląsku powstały w okolicach Złotoryi, kolejne powstają pod Legnicą, nieopodal Zgorzelca i Bogatyni. Rozwój wiatraków jest więc zachowany i póki co zrównoważony.

 

Wiatrak we Wrocławiu? Czemu nie!

Istnieją rozwiązania techniczne oparte o małe, wysokoobrotowe wiatraki. Stosuje się je do oświetlania znaków drogowych czy zasilania w energię budynków pozbawionych elektryczności. Przykładem zasilania budynku takim wiatrakiem jest schronisko górskie na Polanie Izerskiej „Chatka Górzystów”. Dzięki niemu jest prąd i można się napić wrzątku w oświetlonym pomieszczeniu 😉

Instalacja małego wiatraka nie wymaga pozwolenia na budowę. Wiatrak świetnie współpracuje  z ogniwem fotowoltaicznym, uzupełniając jego pracę. Bo przecież albo wieje wiatr, albo świeci słońce. Koszt zakupu 600-watowego wiatraka to około 2,5 tys. zł. Nie jest to wygórowana cena.  Pamiętajmy jednak, że i mały wiatraczek potrafi hałasować. Dla nas jest to miły szum nowoczesności. Dla sąsiada – diabelski pomruk zazdrości !

 

Autor: Paweł Karpiński

 

O AUTORZE:

Paweł Karpiński – 34 lata, Pełnomocnik Marszałka Województwa Dolnośląskiego ds. Odnawialnych Źródeł Energii, wicedyrektor Wydziału Środowiska Urzędu Marszałkowskiego Województwa Dolnośląskiego, członek zarządu Towarzystwa Urbanistów Polskich we Wrocławiu, członek Polsko-Saksońskiej Grupy ds. Rekultywacji Terenów Powydobywczych Węgla Brunatnego. Z zawodu ekolog, z zamiłowania turysta kresowy, zdobywca górski i trochę żeglarz ;)