Moi znajomi, których trochę zachęciłem do jeżdżenia rowerem jako środkiem transportu, pytają się mnie często: ale jak jeździć, jak tu jeździć w tym Wrocławiu? Brzmi to prawie jak to wielkie pytanie, na które tak trudno znaleźć odpowiedź. Oczywiście nie jestem premierem, ale akurat na to pytanie potrafię coś doradzić i odpowiadam: ostrożnie, po prostu ostrożnie. I starać się przewidywać zachowania innych użytkowników drogi.

Pisałem w zeszłym tygodniu o tym, że generalnie Wrocław nie jest bezpiecznym miastem jeżeli chodzi o ruch rowerowy. To znaczy w mieście jest może kilka rozwiązań współczesnych, które zapewniają minimum bezpieczeństwa. Bo większość to tak zwany PRL, a więc rozwiązania, które są pozostałością po dawnej epoce, a właściwie brak tych rozwiązań.
Napisałem też, że optymalne jest oddzielenie ruchu rowerowego od pieszych i od samochodów. A gdy trzeba korzystać ze wspólnej jezdni, to należy ograniczyć prędkość aut. No dobra: to moja pieśń przyszłości. Może kiedyś, za kilkanaście, albo kilkadziesiąt lat doczekamy takich rozwiązań i w końcu zapanuje jakiś porządek na wrocławskich drogach.
Ale jak dziś jeździć? To teraz podzielę się kilkoma moimi uwagami: jak ja jeżdżę.

Przede wszystkim jeżdżę bardzo ostrożnie. A druga rada: zasada bardzo ograniczonego zaufania.
Mówiąc wprost: na drodze nikomu nie ufam i nie wierzę. I nawet jak jestem na prawie, to wolę sprawdzić, czy ten drugi na pewno mnie widzi.
Gdzie kryje się niebezpieczeństwo?
Jeżeli jadę chodnikiem, to jadę z prędkością pieszego. Jeżeli jest chodnik szeroki i mam pełną widoczność, mogę jechać trochę szybciej. Ale jeżeli jadę wzdłuż bram lub klatek, to przewiduję, że może mi nagle z takiej bramy ktoś wyjść – na przykład dziecko. Tak więc jeżeli jadę tuż przy murze domu, to z taką prędkością, abym natychmiast mógł zahamować – zatrzymać rower w miejscu. Gdy widzę przed sobą matką z małym dzieckiem – zawsze omijam ich szerokim łukiem – bo małe dzieci są absolutnie nie do ogarnięcia i biegną zawsze w przeciwną stronę niż by to się mogło wydawać.

Najgorsze są ścieżki, które nie są widoczne dla kierowców – widok zasłania piękny żywopłot, albo sznur zaparkowanych aut.
Przykładów jest wiele, ale weźmy ul. Borowską. Jadąc od Alei Armii Krajowej dojeżdżamy do ul. Wieczystej. I tu mam pewność, że kierowca nadjeżdżający ul. Wieczystą mnie nie widzi. Dlatego nawet, gdy jadę sporą prędkością tuż przed przejazdem przez ul. Wieczystą zwalniam niemal do zera – do prędkości pieszego i to ja się rozglądam, czy nie nadjeżdża auto. Stąd jest ten słynny przepis, że przez pasy trzeba przeprowadzać rower. Chodzi tu o nic innego, tylko o to, że gdy jednoślad jedzie ze swoją prędkością 15 km/h, a więc mniej więcej trzy razy szybciej niż pieszy, jego prędkość kątowa jest tak duża, że właściwie kierowca w aucie nie ma szans, aby gdy zobaczy go w ostatniej chwili na pasach, właściwie zareagować i zatrzymać auto.
Najgorsze są więc te skrzyżowania, gdzie nie ma pełnej widoczności, a więc gdy my pojawiamy się na pasach nagle zza krzaków, albo zaparkowanych aut. W takich sytuacjach zwalniam i przeprowadzam rower. Oczywiście, gdyby były poprowadzone właściwie ścieżki – jako wydzielone drogi rowerowe wzdłuż jezdni, kierowca miałby większą szansę, aby zobaczyć nas, gdy nadjeżdżamy.
Trzeci problem to te wszystkie narożniki domów, wzdłuż których jeździmy. Takim ewidentnym przykładem braku ładu jest przejazd przez most Grunwaldzki. Gdy jedziemy od pl. Społecznego prawą stroną mostu i przejechaliśmy już przeprawę na drugą stronę, to trafiamy na kamienną podporę. Miejsca jest niewiele i nie ma oznaczenia, kto jak jedzie – mówiąc wprost nie ma wyraźnych strzałek. Gdy pędzi ktoś z przeciwka i nie widzimy go, bo widok zasłania podpora to właśnie tam może dojść do zderzenia. I tu zawsze jadę bardzo wolno, a podporę omijam prawą stroną – absolutnie nie na wprost!!!
Oczywiście nie zawsze udaje mi się uniknąć zderzenia. Kiedyś jadąc od strony placu Bema (prawą stroną) wjeżdżałem w ul. Poniatowskiego – i tam jest taki wystający narożnik domu. A z przeciwka po chodniku jechał szybko inny rowerzysta i mówiąc krótko doszło do kolizji. Na szczęście ja nie jechałem zbyt szybko i skończyło się tylko na upadku. Przy większej prędkości mogłyby być większe straty.
Nie jechałem jezdnią, bo jak już pisałem – po prostu się boję. Gdy jest wąsko, i gdy samochody wyprzedzają mnie z dużą prędkością i w jakiejś skandalicznie małej odległości – boję się, że mnie takie auto zaczepi, potrąci, albo że jego przejazd może spowodować moją wywrotkę. Oczywiście, skomentujecie: przecież jest prawo. No i co z tego. Nie jest to dla mnie satysfakcja: być potrąconym jadąc zgodnie z przepisami.

 

Autor: Piotr Zarzycki

 

PRZECZYTAJ TAKŻE

Czwartkowy Piotr Zarzycki: Co wybrali wrocławianie?