Rozpoczyna nowy cykl felietonów Piotra Zarzyckiego, który co czwartek na naszych łamach będzie się odnosił do tego jak być rowerzystą we Wrocławiu. 

Co wybrali wrocławianie?

Tak, tak – my, wrocławianie, wybraliśmy rower. Czy władza tego chce, czy nie chce, wolimy jeździć do pacy na rowerze niż stać w korkach, albo przepychać się w tłumie pasażerów miejskich autobusów.
Słyszałem nawet, że władze Wrocławia są przychylne i wspierają mieszkańców w tym wyborze. Niestety, gdy jeżdżę rowerem po mieście, wydaje mi się, że jest wręcz przeciwnie. Że magistrat robi wszystko, aby utrudnić życie wrocławianom, którzy chcą korzystać z roweru jako środka lokomocji. Bo nadal nie ma jasnego, czytelnego i całościowego systemu dróg rowerowych w mieście.
Jak wiadomo, sukces ma wielu ojców. A że rower jako sposób komunikacji w mieście stał się modny, każdy chciałby mieć udział w sukcesie tego jednośladu.
Dlaczego rower jest modny? Bo jest dobry. Bo nie dość, że ekologiczny – nie zanieczyszcza powietrza, to jeszcze ekonomiczny – bo utrzymanie i przejazd kosztuje znacznie mniej niż benzyna, bo świetnie sobie radzi w korkach – nic go nie zatrzyma, w dodatku poprawia trochę stan zdrowia i daje dużo przyjemności.
Wrocławianie odkryli ten środek transportu już wiele lat temu. Systematycznie jeżdżę do pracy od 15 lat i od tego czasu śledzę, jak powoli po ulicach jeździ coraz więcej rowerów. I niestety, od tego czasu słucham obietnic kolejnych urzędników, że będzie lepiej. Ale tak naprawdę poza kilkoma zmianami nie ma jakiś wielkich rozwiązań. Być może w papierach, ci nasi urzędnicy mają bardzo piękne plany, ale ja jako zwykły użytkownik, nie widzę tych zmian na wrocławskich ulicach. A taka potrzeba jest dziś, wręcz natychmiast – bo ruch rowerowy nagle znacznie się zwiększył.
Bo jeżeli ktoś wytycza ścieżkę na szerokim chodniku, po którym i już od dawna jeżdżą rowerzyści, to nie jest to budowa drogi rowerowej, ale jedynie wymalowanie białej linii. Wiadomo – statystyka – teoretycznie przybywa kilometrów ścieżek rowerowych we Wrocławiu. Ale nic się nie zmienia.
Dla mnie znakiem, że miasto, aby zmniejszyć korki, poprawić komunikację masową i zredukować zanieczyszczenie powietrza, chce zachęcić wrocławian do korzystania z roweru będzie:
– wytyczenie dróg rowerowych w ścisłym centrum – także jakieś logiczne rozwiązanie przejazdu przez okolice Rynku. A więc, jeżeli rowerzyści nie mogą jeździć po chodnikach, to trzeba zrobić miejsce dla nich na jezdni – wydzielić pas dla rowerów. Inaczej się nie da – jeżeli nie jest to jasno (na biało) oznakowane, kierowcy nie respektują prawa rowerzysty do jazdy po ulicy.
– Jeżeli droga dla rowerów jest wydzielona z jezdni – mówię o ścisłym centrum, bo poza centrum jest więcej miejsca i można zaprojektować całkowicie oddzielone od ruchu samochodowego ścieżki – trzeba zmniejszyć prędkość do 30 km/h. Nie jest to wymierzone w kierowców, tu chodzi o wspólne bezpieczeństwo. A niestety, kierowcy bardzo często po wąskich uliczkach jeżdżą z dużymi prędkościami.
– Wybudowanie na głównych drogach dojazdowych do centrum odseparowanych od ruchu samochodowego i pieszego ścieżek rowerowych – dwukierunkowych.
Optymalnie byłoby, aby ścieżki rowerowe były po obu stronach jezdni w dwóch kierunkach. Czy to są jakieś marzenia?
Otóż nie, wyobraźcie sobie, że jeszcze przed wojną wzdłuż wrocławskich ulic istniały drogi dla rowerów – w obu kierunkach. To jest przecież logiczne rozwiązanie komunikacyjne: w osi jezdni tramwaj, obok samochód, potem rower, a dalej ruch pieszy. Nikt nikomu nie przeszkadza, nie wchodzi w drogę, nie zagraża. I takie rozwiązanie rzeczywiście można nazwać: Wrocław wspiera rowery.
Bo jak na razie, to jedynie sobie gadamy.

 

Autor: Piotr Zarzycki