Michał Hernes napisał w recenzji, dlaczego nie chciał, by powstał film na podstawie „Historii twojego życia” i dlaczego zmienił zdanie na ten temat, gdy obejrzał „Nowy początek”.

Droga do realizacji filmu zainspirowanego przepięknym i błyskotliwym opowiadaniem „Historia twojego życia” Teda Chianga była bardzo długa. Całkiem możliwe, że jego scenarzysta i producent Eric Heissrer wiedział, że to poświęcenie się opłaci i zaowocuje wybitnym filmem.

Rzecz jasna, tak naprawdę wcale nie było to oczywiste. Literacki pierwowzór „Nowego początku” to być może najpiękniejsze opowiadanie, jakie kiedykolwiek przeczytałem, ale jest też bardzo erudycyjne i trudne, a istotną rolę odgrywają w nim rozważania na temat lingwistyki. Heissrer, wyraźnie zaintrygowany tą opowieścią, podszedł do niej z szacunkiem, wnikliwością i pomysłem. Idealnie wyważył też proporcję, między niebanalną i bardzo erudycyjną historią, a trzymającym w napięciu minimalistycznym dreszczowcem, w którym suspens jest budowany subtelnie i z wyczuciem.

Całe szczęście, że scenariusz trafił ostatecznie w ręce Denisa Villeneuve’a – mistrza klimatu i warstwy wizualnej, wyczulonego także na muzykę i dźwięki. Poetyckość i nastrój opowiadania udało mu się przełożyć na przepiękne i intrygujące obrazy, a także na odgłosy, które mogą przykuć uwagę i zaniepokoić. Cytując opowiadanie Chianga:

„Rzecz w tym, że ludzki układ słuchowy nie jest absolutnym instrumentem akustycznym, lecz jest przystosowany do rozpoznawania dźwięków produkowanych przez ludzką krtań. Gdy w grę wchodzi obcy układ głosowy, trudno jest cokolwiek przewidzieć(…) Może przy pewnej wprawie nauczymy się rozróżniać obce fonemy, niewykluczone jednak, że nasze uszy po prostu nie są w stanie wychwycić różnic, które nie uważają za istotne”.

Mówiąc szczerze uważałem, że „Historia twojego życia” jest jednym z tych wspaniałych utworów literackich, które mogą pobudzić wyobraźnie czytelnika i skłonić go do fantazjowania, budząc w nim marzyciela. W związku z tym  nie chciałem, by na jego podstawie powstał film. Nie wierzyłem, że to się uda. W książce „Podwojenie” Jose Saramago, notabene zekranizowanej przez Villevneuve’a  jako „Wróg” pojawiło się zdanie, że tak zwane efekty specjalne są wrogiem wyobraźni. Czy istotnie? Filmowcy tacy jak Villevneue, ale też bracia Nolan, Ridley Scott, czy Steven Spielberg udowadniają czasem, że niekoniecznie. Zresztą lista jest długa, mógłbym do niej też dołożyć Jamesa Camerona i Luca Bessona. Reżyser „Nowego początku” wyrósł na prawdziwego mistrza, łącząc w sobie najlepsze cechy Kubricka, Christophera Nolana i Spielberga.

Ten film przywraca wiarę w wartościowe, mądre i inteligentne, trzymające w napięciu, kino SF. Hollywoodzka produkcja spotkała się w nim z artystyczną wnikliwością i wrażliwością. Pewne rzeczy twórcy musieli uprościć, ale ich dzieło mimo to robi wrażenie. Nie przeszkadza mi to, że zgodnie z regułami kina rozrywkowego postawili na stół niemal wszystkie karty, wyjaśniając – moim zdaniem – zbyt wiele. Czy to oznacza, że wolę enigmatyczne i nieco hermetyczne arcydzieło, jakim jest „2001: Odyseja kosmiczna” Kubricka? Na pewno ma swoje atuty, choć bardziej urzekła mnie pełna emocji i bardziej przystępna filmowa opowieść o „Nowym początku”.

Autor | Michał Hernes