Żeby podjąć się remake’u kultowego serialu jednego z najbardziej cenionych reżyserów na świecie – Larsa von Triera potrzeba nie lada odwagi. A żeby zrobić to dobrze, ba, wręcz znakomicie – potrzeba sporych umiejętności. Spektakl dyplomowy studentów IV roku PWST pt. „Królestwo” w reżyserii Remigiusza Brzyka pokazuje, że na aktorskim rynku może pojawić się kilka perełek.

Oczywiście, jeśli trafią pod skrzydła reżyserów, którzy dadzą im pograć. Zaprezentować swoje możliwości. Pozwolił im na to Paweł Łysak w „Ryszardzie III”. Teraz wycisnął z nich wiele Remigiusz Brzyk.

Akcja kultowego „Królestwa” von Triera toczy się w ogromnym szpitalu w Kopenhadze. Pokazuje przekrój bohaterów – lekarzy i pacjentów. Ich fobie, życiowe sukcesy i porażki. Niczym w greckiej tragedii jest też chór. Serial powstał jednak 20 lat temu i wielu może dzisiaj już nie zainteresować. Mroczne klimaty von Triera nie muszą przypaść do gustu. Świat przez te dwie dekady zmienił się. Kino też. Brzyk to uwspółcześnił. Wyciągnął co najlepsze i zaprosił nas do zabawy. A tę, jego aktorzy poprowadzili w wielu miejscach znakomicie. Niezwykle plastyczni Maja Rybicka i Marcin Kaleta doskonale odegrali rolę chóru i wciągnęli nas w mroczny klimat „Królestwa”. 

 

„Teren pod szpitalem „Królestwo” to dawne mokradła. Były tu stawy przy których bielono płótno. Ludzie moczyli wielkie płachty tkanin w płytkiej wodzie i rozkładali do bielenia. Woda parująca z płócien zasnuwała całą okolicę mgłą. Później zbudowano tu szpital państwowy. Bielarzy zastąpili lekarze i naukowcy. Najlepsze mózgi w kraju i najdoskonalsza technologia. Dla ukoronowania dzieła nazwali szpital „Królestwem”. Mieli zgłębiać tajniki życia, a przesądy nie powinny już nigdy zachwiać bastionów nauki. Być może pycha ich była zbyt wielka i nazbyt odżegnywali się od spraw duchowych, gdyż z czasem chłód i wilgoć zaczęły powracać. Drobne oznaki zmęczenia z wolna objawiały się w tym dość solidnym i nowoczesnym budynku. Nikt z żywych jeszcze nie wie, ale brama „Królestwa” na powrót się otwiera.”

 

W nim już rządzili: Stig Helmer (Karol Kadłubiec), który jest oszustem i jako Szwed nienawidzi wszystkiego co duńskie oraz ordynator Einar Moesgaard (Mariusz Ochociński), który nie bardzo orientuje się w tym, co się dzieje, ale aby relacje między personelem i pacjentami były lepsze wprowadza akcję „Poranna Bryza”. Obaj w swych rolach znakomici. Pełni pasji. Wpatrzona w Helmera doktor Rigmor Mortensen (Justyna Ducka) była zabawnie przerysowana, a asystent Jorgen Krogshoj (Piotr Downar-Zapolski) od pierwszej sceny wzbudzał sympatię widzów, choć wiadomo o nim, że śpi w podziemiach szpitala i handluje czym popadnie: od szlafroków po mikroskopy. Kocha się też w koleżance z pracy Judith (Karolina Staniec), której ciąża jest… niepokojąca. Podążamy za symulującą choroby starszą panią Sigrid Drusse (Lucyna Szierok). To właśnie ono usłyszała w windzie płacz dziecka i postanowiła pozostać w „Królestwie” tak długo, aż rozwiąże zagadkę. Śmieszą z kolei metody pracy doktora Kororobu z Haiti (Krystian Kukułka) i psychiatry Ollego (Radek Drożdż). Mimo że całość trwa blisko 4 godziny, to nie czuć upływu czasu. „Królestwo” wciąga coraz bardziej, a patolog Bondo (Michał Lacheta) wręcz elektryzuje. Jeśli ma się szczęście, albo wyjątkowego pecha, to od samego Szefa Loży profesora Urlicha (Waldemar Krawczyk) i patologa Bondo można się dowiedzieć o własnej chorobie… wątrobiaku. Podczas sobotniej premiery to zdaje się, że właśnie ja wyglądałem na najbardziej chorego. Mnie wskazano, jako potencjalnego pacjenta. Ale do „Królestwa” chyba nie chciałbym trafić. Dzieją się tam bowiem rzeczy dziwne i niepokojące. To przecież także horror i kryminał.

Więcej zdradzać byłoby nieładnie i nietaktownie. To po prostu trzeba przeżyć. Wstęp jest wolny, ale trzeba zarezerwować sobie miejsce. Ostrzegam, że tych nie ma wiele, więc trzeba się spieszyć. Kolejny raz spektakl będzie można zobaczyć 11, 12, 17 i 18 lutego. Nie przegapcie!

Na deser zostawiłem sobie jeszcze Camillę graną przez Zofię Schwinke. Elektryzowała, pociągała i przykuwała uwagę. Nic więc dziwnego, że syn ordynatora – Mogge (Bartłomiej Gola), obciął dla niej głowę trupowi. Camilla zawładnęła nim, tak jak Schwinke nami. Bez wątpienia jej dalszej karierze warto przyjrzeć się uważnie. Chcę zobaczyć ją w innych kreacjach. Choćby trzeba było jechać do Bielska-Białej. Ma to coś. Chcę jej więcej. Chcę też więcej Kadłubca, Ochocińskiego i Lachety. Chcę, bo z nimi nie można się nudzić.

 

Autor: Daniel E. Groszewski

 

CZYTAJ TAKŻE: „Królestwo” Triera na PWST >>>