Tak zwykł mawiać Ryszard Popiołek w popularnym przed laty serialu „Dom”. Znów słyszę go, gdy mówi to w mojej głowie w swój charakterystyczny sposób. I słusznie prawi, bo włosy dęba stają.

Ale po kolei. Miało być dzisiaj o „Radiu Armageddon. Transmisja”, którego premiera odbyła się przed kilkoma dniami we Wrocławskim Teatrze Współczesnym. Miało być o tym, co mnie w nim urzeka i dlaczego jest mi szczególnie bliskie. Miał być całkiem pokaźny felieton recenzencki o tym, dlaczego nie zgadzam się z oponentami tego spektaklu. W trakcie pisania moje myśli powędrowały jednak w zupełnie inną stronę. Dość powiedzieć, że „Radio Armageddon” stał się przyczynkiem do zupełnie innej historii.

Nie będę więc skupiał się na recenzji, ale na pewnego rodzaju odbiorze, który doprowadził mnie do niepokojących wniosków. Oczywiście skoro jestem w opozycji do uznanych wrocławskich krytyków teatralnych, to można mi zarzucić, że wszystko mi się zawsze podoba. Że niczym Łukasz Drewniak zawsze jestem pełen radości po obejrzanym spektaklu. I tak często jest. Przyznaję. W teatrze, jak pisał Konstanty Puzyna: „oddziaływanie jest wzajemne i obie strony świetnie o tym wiedzą. Narasta, jak w rozmowie, psychiczne sprzężenie zwrotne, wiąże w zbiorowość aktora i publiczność.Dlatego ludzie tak piorunują wzorkiem tych, co szepczą podczas przedstawienia albo wychodzą. Przeszkadza to wszystkim, bo rozbija atmosferę wspólnoty„. To poczucie zbiorowości potęguje się w szczególny sposób, gdy spektakl nie jest grany w sposób klasyczny. Gdy aktorzy,   słowa miast wypowiadać do siebie, mówią je do nas. I przez nas je przepuszczają, zanim trafią one do innych uczestników scenicznej zbiorowości. Piszę o tym, bo fragmenty spektaklu w WTW zachwyciły mnie. Porwały. Wynika to pewnie z jakiegoś rodzaju wrażliwości, miłości wręcz do tej formy przekazu. Ze mną i z teatrem jest jak z mężczyznami kochającymi kobiety. Wszystkie kobiety. Wiecie, jak to jest. Jedna ma ładną buzię, a inna ładną nóżkę. Coś się zawsze znajdzie do kochania. „Radio Armageddon” to, jak przyznał po spektaklu współscenarzysta i autor powieści Jakub Żulczyk – utwór dla tych wszystkich, którzy przeżywali kiedyś bunt. I ja się z nim zgadzam. Przeżywałem go i dzięki niemu odnajduję się teraz na scenie. Jakbym stał obok aktorów. Przechodzi to przeze mnie. Nie wszystko kupuję, ale wiele zostaje. I tak naprawdę najbardziej żal mi tych, którzy nie poczuli. Przez głowę przemknęła mi nawet złośliwa myśl, że być może, gdy ja smakowałem zakazany owoc okresu dojrzewania, oni pilnie się uczyli i zachowywali wzorowo. Jak to mówi dzisiejsza młodzież: ŻAL.

Piszę o tym, aby wprowadzić w pewną sytuację, w której się znalazłem. Odnoszę się do młodzieży, bo to właśnie o tę młodzież mi chodzi. O pokolenie, które jak rzadko kiedy zaczęło się interesować teatrem. Sprawiło to „Radio Armageddon”. To pewnego rodzaju fenomen socjologiczny. Dość powiedzieć, że w jednej ze szkół zaproponowano nauczycielowi, aby lekcję poświęcić właśnie na dyskusję o spektaklu. O jego przeżywaniu. Przyznam, że od lat o czymś takim nie słyszałem. Piękne to. I to jest chyba najlepsza recenzja, jaką twórcy mogą sobie wymarzyć. Zmusili do dyskusji tych, którzy do tej pory dyskutować nie chcieli. Nie czuli potrzeby. Dotarli do nich. Co zaś się tyczy spektaklu: Czy jest idealny, czy jest wspaniały? Nie. Ma nawet pewne widoczne niedociągnięcia. Ale wychodzi się z niego z uśmiechem i energią, a to przecież niezwykle ważne.

Ta energia wyniesiona z „Radia Armageddon” (czyli tak naprawdę nazwy zespołu, o którym marzył i w którym chciał grać autor książki Jakub Żulczyk, zespołu, który jak mówi miał świetnie napierdalać), potrzebna będzie dyrektorem dolnośląskich instytucji kultury, którym Urząd Marszałkowski zamierza właśnie zabrać znaczne środki finansowe z ich i tak zbyt niskich budżetów. Środki, bez których możemy właściwie mówić już o stopniowym upadku, bojąc się, że celem i konsekwencją może być nawet zamknięcie tych placówek. Smutne to w przeddzień ESK 2016 i drugiej tury wyborów na prezydenta miasta Wrocławia. Rafała Dutkiewicza poparli w tym tygodniu dyrektorzy teatrów, w obawie przed konserwatywnymi poglądami członków PiSu (z tej partii wywodzi się kontrkandydat). Poparli tego Dutkiewicza, którego współpracownicy i ich koalicjanci chcą teraz kolejny raz pogrążyć artystycznie świetnie prosperujące, nagradzane na licznych festiwalach Teatr Polski czy Operę Wrocławską. Wiadomo, że dyskusja o finanse toczy się od dawna. Towarzyszą jej najróżniejsze argumenty mieszkańców, ale są one przecież znakiem, że wrocławian to interesuje. Są głosy za i przeciw, ale sama świadomość, że one są, pokazuje, że toczy się rozmowa o potrzebie teatru. Potrzebie tej formy wyrazu myśli, stanowisk, czy poglądów. Śmiejąc się przez łzy możemy teraz powiedzieć, że urzędnicy w zamian za kolejne Pendolino i czy inne genialne portale chcą nam trochę tych teatrów pozamykać, i to i tu i tam, bo chodzi też m.in. o Legnicę czy Wałbrzych. Pęd cywilizacyjny wygrywa więc z tym, co spokojne i refleksyjne. Tylko do czego nas to może doprowadzić?

W Rosji znaleziono właśnie zamknięty w kamieniu chip, stworzony w jakiejś niesamowitej technologii. I to na długo zanim miało się zacząć życie na ziemi. To znów otwiera nam pole do rozważań. A może świat już kiedyś istniał? Rozwijał się bardzo szybko, wykorzystał swoje wszelkie złoża naturalne, a potem zżarł własny ogon i się skończył. A potem zaczął od nowa. A może było tak już wielokrotnie? Którym wcieleniem świata jesteśmy? Ile razy Ziemia się odradzała? Nie wiem. Nie znam odpowiedzi na te pytania, choć niezwykle mocno mnie intrygują. Wiem za to, co bez wątpienia jest znakiem, że świat się kończy: To zamykanie teatrów! Koniec świata – rzekłby w mojej głowie Popiołek… i to dokładanie wtedy, gdy po ćwierćwieczu wolnej Polski młodzież odeszła od rzeczy łatwych i przyjemnych, i znów zaczęła chodzić do teatru, ba zaczęła o nim dyskutować, bynajmniej nie w momencie, kiedy nauczyciel pyta: „co autor miał na myśli”.

Autor | Daniel E. Groszewski