W niedzielę wybory. Przyznaję, że jednak jestem skołowany po wydarzeniach ostatnich dni i zamiast skupić się na skreśleniu właściwego kandydata postanowiłem zabrać syna na żużel. Po raz pierwszy w życiu. Jak się okazało, niestety.

Zawody z cyklu Speedway Grand Prix zdarzało mu się już oglądać w telewizji. Nigdy nie był jednak tak skoncentrowany, jak podczas pierwszego tegorocznego turnieju. Choć były to raczej antyzawody, to jednak coś poczuł. Zainteresował się. Chciał zobaczyć jak to wygląda na żywo. No i zobaczyć też kilka biegów z Tomaszem Gollobem, bo to jedna z ostatnich szans. Myślę, że fakt iż pochodzę z Bydgoszczy mógł mieć dodatkowe znaczenie. Oprócz „Wielkiego Golloba” ważni jednak byli ci nasi – Tai Woffinden i Maciej Janowski. Jakież było jego zdziwienie, gdy okazało się, że nie mamy możliwości pójścia na żużel. Powód? Dalej jestem zameldowany w Bydgoszczy (choć podatki od lat płacę we Wrocławiu), a to oznacza… że jestem kibicem drużyny z Grudziądza. Nie wiem skąd taka logika. I tym bardziej od kiedy funkcjonuje, bo nawet na meczach piłki nożnej o zakupie biletu nie decyduje miejsce zameldowania, a sympatia. Można jechać na dowolny mecz i jeśli siedzi się w sektorze miejscowej drużyny, to jest się jej kibicem i już. Okazało się jednak, że Sparta wespół z policją widzi to inaczej. Jeżeli mam meldunek w Bydgoszczy to już jestem skreślony. Podobnie ma być w przypadku pozostałych tegorocznych spotkań. Jeśli w dowodzie osobistym widnieje, że jesteśmy z województwa klubu przeciwników Sparty, to nie ma szans na zakup biletów.

Tego wszystkiego dowiedziałem się jednak dopiero po telefonie pracownicy klubu. Nie podam tutaj jej nazwiska, bo po prostu go nie pamiętam. Coś innego utkwiło mi w pamięci… po tym jak najpierw musiałem wypełnić w internecie ileś formularzy, żeby na koniec dowiedzieć się, że sorry, ale jesteś bee. W głowie utkwiło mi, że klub, który od lat „płacze” o brak odpowiedniej liczby kibiców i finansów (dostaje je też z miasta, czyli naszych podatków) nagle rezygnuje ze sprzedaży trzech biletów (wyjście rodzinne). Z rozbrajającą szczerością dowiaduję się też, że mogę próbować przyjść na Falubaz, bo wtedy powinno(!) mi się udać. A tak na marginesie to skandal, że miasto tak ociąga się z remontem i jak jestem dziennikarzem, to powinienem to opisać… No i pomyślałem sobie wtedy, że to już jest szczyt bezczelności. Że od lat jako dziennikarze jesteśmy potrzebni tylko wtedy, gdy trzeba pisać jak to ciężko jest Sparcie i jak potrzebne jest jej wsparcie. W innych przypadkach władze klubu ze Stadionu Olimpijskiego rozkładają ręce.

Wobec tego ja też rozkładam ręce przy wszystkich bolączkach klubu, remontach stadionu i permanentnym braku kasy. Mieszkam we Wrocławiu od dekady i po raz pierwszy spotykam się z sytuacją, gdy nie chcąc iść na mecz jako dziennikarz, tylko normalny kibic, który zasila kasę klubową, jest mi to uniemożliwione. Wnoszę więc, że skoro klub nie chce pieniędzy, które sam może zdobyć, to może nie należy go dotować z miejskiej kasy. Zdaję sobie sprawę, że jestem w tym stanowisko odosobniony, bo mój przypadek dotyczy zaledwie promila kibiców. Nie zmienia to jednak faktu, że mój problem został podsumowany niczym: „sorry, taki mamy klimat”. Ciekawe czy miasto zareagowałoby podobnie, czy jednak jako płacący tutaj podatki mam też pewne prawa, a nie jedynie obowiązki. Pozostaje mi więc głosowanie w wyborach prezydenckich… choć wolałbym żużel.

Autor | Daniel E. Groszewski


Festiwal Dramatu STREFY KONTAKTU