O to właśnie chodziło! Po premierze w Teatrze Muzycznym Capitol zacząłem jeszcze wnikliwiej, poszukiwać informacji na temat Serge’a Gainsbourga i wsłuchiwać się w jego muzykę. Choć pomysł może dzisiaj wydać się szalony, to ja już nie mogę doczekać się płyty z przedstawienia „Kocham Cię. Ja Ciebie też nie. Serge Gainsbourg”. Będzie genialna. Będzie piękna. Tak jak muzyka i spektakl, na który koniecznie trzeba się wybrać.

Przez cały ubiegły tydzień na łamach „Dzielnic Wrocławia” przybliżaliśmy rozmowy z bohaterami sztuki, którą stworzył i wyreżyserował Cezary Studniak. Zagrał też w niej główną rolę. Sami przez to z dnia na dzień coraz bardziej wchodziliśmy w ten spektakl, w tę stylistykę i w muzykę. Z obrazoburczym Gainsbourgiem raczej trudno się identyfikować, ale nie sposób go nie lubić. Przynajmniej do momentu jego rozstania z Jane Birkin. Wtedy to, dusza artysty zaczęła stawać się naprawdę mroczna.

Studniak pokazuje nam jego losy, w oparciu o pięć kobiet, które miały wywrzeć największy wpływ na bohatera. Jest więc France Gall (Ewelina Adamska-Porczyk), która dzięki piosence Gainsbourga wygrała Eurowizję. Jest Brigitte Bardot (Justyna Antoniak), która jako pierwsza wykonała piosenkę „Je T’aime…” (czyli słynne „że tę”), a później wymusiła, aby jej nie rozpowszechniać. Jest też największa miłość artysty – Jane Birkin (Helena Sujecka), z którą miał córkę Charlotte  (Klaudia Waszak)… kolejną swoją wielką miłość. Jest też młoda, zakochana w nim po uszy Bambou (Agnieszka Oryńska-Lesicka), która towarzyszyła mu aż do śmierci. Tak w telegraficznym skrócie można opisać akcję spektaklu. Spektaklu, który oprócz znamienitej muzyki i piosenek ze słowami Tymona Tymańskiego podnosi jakże ważki temat związków damsko-męskich.

Należy brać kobiety za to czym nie są,
a porzucać za to czym są 
– twierdzi Gainsbourg Studniaka.

I ma w tym sporo racji, jeżeli przyjmie się, że nikt nie obnaży nas, nas mężczyzn, tak, jak kobiety, które kochamy, które z nami żyły/żyją. Jeżeli przyjąć, że z uroczego drania, często genialnego, można wyrosnąć, to wiele wskazuje, że to właśnie spotykało Gainsbourga. Grał przez całe życie. Wciąż udawał. Był wielki, dzięki temu, że wciąż chciał ukrywać własne kompleksy. Dzięki temu zaszedł daleko. Stworzył muzykę wyprzedzającą swoją epokę. To wszystko było jednak źródłem wielkiej samotności. Nie można całe życie bezkarnie udawać. Bagatelizować rzeczy ważnych. Miłości. A on tak robił. Nawet słowa piosenki, która przyniosła mu największą sławę (choć w Polsce nie jest powszechnie wiadomo, że to Gainsbourg stworzył „Je T’aime…”) zaśpiewanej na głosy z ukochanymi brzmią:

– Kocham Cię
– Ja Ciebie też nie.

Żaden tekst nie odda jednak tego, w jaki sposób piosenkę tę wykonują na scenie Cezary Studniak (Gainsbourg) z Heleną Sujecką (Jane Birkin) czy Justyną Antoniak (Brigitte Bardot). To trzeba zobaczyć. Usłyszeć. Ta część jest wesoła, kolorowa. Piosenka „Comic strip” z tekstem uzupełnionym przez projekcje audiowizualne nie chce wyjść z głowy:

wskakuj, mała, do mego komiksu
gadać w dymkach i poszukać kicksów!
robić: clip! i crap! i bang! i vlop! i zip!
shebam! pow! blop! wizz!

Ona wciąż we mnie powraca i domaga się powtórnego odsłuchania. Tak, jak i utwór „Ania lubi lizaczki” śpiewany przez Ewelinę Adamską-Porczyk:

Ania lubi lizaczki
Lizaczki lubi wręcz ssać

Studniak pokazuje historię tej piosenki, której wykonawczyni podobno nie miała pojęcia o tym, że można jej nie rozumieć wprost. Że może mieć drugie dno. Pikanterii sprawie dodawał fakt, że była to połowa lat 60-tych, a France Gall miała zaledwie 18 lat.
Te opowieści, świetne piosenki i elektryzująca choreografia Adamskiej-Porczyk wprowadzają świetną zabawę. Jest wesoło, śmiesznie ale też uwodzicielko, erotycznie czy wręcz pieprznie.

Później robi się trudniej. Uwypuklone zostają często niezrozumiałe relacje z córką Charlotte (Klaudia Waszak). Oboje bardzo się kochają. Można wręcz odnieść wrażenie, że mała Gainsbourgówna chciałaby zostać jedną z kobiet taty-artysty.  Oboje są też niezwykle przekonujący w piosence ,,Lemmon incest”.

Ogromna odpowiedzialność spada na ostatnią kobietę spektaklu – Bambou (Agnieszka Oryńska-Lesicka). O ile poprzednie role są kolorowe, o tyle na finał mamy ciemność i mrok, która toczy duszę Gainsbourga i jego o 30 lat młodszej żony. Przepełniony agresją i narkotykami okres odzwierciedlają „Dzieci raju”. Postać Bambou jest dramatycznie prawdziwa. Swoim mrokiem przyćmiewa wszystko. Kończy się życie artysty, a my pogrążamy się w smutku.

Wielość bodźców, moc wieloznaczności tekstów i genialne ich wykonania powodują, że ciężko jest od razu uporać się z nakładem emocji, które nawarstwiają się w trakcie przedstawienia. Odczuwa się potrzebę kolejnego doświadczania Gainsbourga Studniaka. Potrzebę ponownego wsłuchania się w teksty. Zabawy nimi.

Studniak zafascynował mnie Gainsbourgiem. Przede wszystkim jednak tym Gainsbourgiem, którego stworzył na potrzeby przedstawienia. Sprawił, że to już nie jest tylko facet od piosenki „że tę”. Sprawił, że dla tych, którzy zobaczą przedstawienie i podniesie się im ciśnienie… będzie to facet grany przez Studniaka. 

Nie zapominajmy jednak, że Cezi nie osiągnąłby tego sukcesu, bez swoich pięciu kobiet, które dorównywały mu kroku.

Autor | Daniel E. Groszewski
Zdjęcia |  Marcin Kondarewicz / Teatr Muzyczny Capitol

 

PS. Zafascynowana spektaklem Wanda Ziembicka-Has namawia już Konrada Imielę, aby do Wrocławia zaprosić Jane Birkin i Charlotte Gainsbourg. Jestem za. Studniak zmierzył się z historią, której do tej pory nikt się w Polsce nie podjął. I zrobił to naprawdę świetnie. Brawo!