Rzadko się zdarza, żebym nie mógł wyjść z teatru. I to w fizycznym tego słowa znaczeniu. Najnowsza produkcja Capitolu „Umwuka” sprawiła, że pisząc te słowa kilka godzin po premierze, nadal odczuwam, że nogi mi się trzęsą. Po samym spektaklu trzęsły się tak, że wręcz bałem się chodzić. Żeby się nie przewrócić.

Nie będę ukrywał, że nie spodziewałem się emocji. Megaemocji. Byłem na nie nastawiony, bo zapoznałem się z tekstem Wojciecha Tochmana „Dzisiaj narysujemy śmierć”. Więc tym samym byłem czujny. Walczyłem z sobą długo. Ostatecznie nie dałem rady. Aktorzy występujący w tym spektaklu niczym wojska Tutsi i Hutu przebiegli się po mojej głowie, sercu i emocjach. I odcisnęli swoje piętno. Dla takich chwil warto żyć. Warto chodzić do teatru. Warto współodczuwać. Przez kolejne kilka dni w mojej głowie wciąż będą biły bębny… Będą biły, abym nie zapomniał tego, co jeden człowiek może zrobić drugiemu. Choć staram się nie zdradzać fabuły spektaklu, to nie będę ukrywał, że jego akcja w dużej mierze rozgrywa się w roku 1994 w Rwandzie. Małym państwie w środku Afryki, o którym tak niewiele przecież wiemy. Może poza tym, że przed dwudziestoma laty doszło tam do rzezi, podczas której w ciągu zaledwie trzech miesięcy zginęło milion ludzi. Milion! To przecież tyle ile łącznie mieszka we Wrocławiu i Poznaniu! Pamiętam ten rok. Doskonale. Roberto Baggio nie strzelił wtedy karnego i Brazylia została w USA mistrzem świata w piłce nożnej. Pamiętam też, że Edyta Górniak zajęła drugie miejsce na Eurowizji. Mniej już kojarzę, że na ekrany kin wszedł właśnie „Król Lew”, bo na bajki byłem już akurat za duży.

A wojna domowa w Rwandzie? W sumie jej nie pamiętam. Niewiele o niej do niedawna wiedziałem. I chyba bardziej kojarzyła mi się z tekstem, że „jak nie jesteś Tutsi ani Hutu”, który wypowiada na balkonie Laska z filmu „Chłopaki nie płaczą”, niż z niewyobrażalnym wręcz ludobójstwem. Z okrucieństwem. Z gwałtami, których eskalacji wciąż nie mogę pojąć. Środki masowego przekazu nie informowały przecież o tym zbyt często. Działo się to wszak tak daleko. Gdzieś tam w Afryce. Ale działo się już w moim świadomym życiu. Wydarzyło się i choć nie chcemy o tym pamiętać, bo kto lubi katować się przykrymi historiami, wydarzyło się w czasach, gdy moi rówieśnicy byli już na tyle dojrzali, że pamiętać powinni. A zaczęło się w kwietniu. Od katastrofy samolotu, w której zginął prezydent. To podzieliło naród. Zresztą nie ma co daleko szukać, nas przed czterema laty kwietniowa katastrofa też podzieliła… I to właściwie początek opowieści. Opowieści przez którą bardzo chcieli nas przeprowadzić Jan Naturski i Mikołaj Woubishet, którzy od blisko dwóch lat przymierzali się do wystawienia tego spektaklu. Chcieli to jednak zrobić bez patosu i piedestału. Po prostu opowiedzieć historię. Prawdziwą historię. Przedstawiać w niej sposoby myślenia i funkcjonowania. A także mechanizmy, które sprawiają, że żyjący obok siebie od lat ludzie, którzy nawet nie są w stanie na pierwszy rzut oka rozróżnić z jakiego plemienia pochodzą, nagle zaczynają się zabijać. Pierwsze ciary i to na karku poczułem podczas wyznania matki granej przez Małgorzatę Fijałkowską. Ten stan ciągłych westchnień i szybszego bicia serca utrzymywał się, a podczas piosenki wykonywanej przez Alicję Kalinowską i Tomasza Leszczyńskiego podniósł się niemalże do granic mojej wrażliwości. Osiągnąłem ją niewiele później. W ustach poczułem suchość, „klucha” stanęła mi w gardle, zaczęły się problemy z oddychaniem. Wzruszenie osiągnęło pułap, na jakim nie byłem od dawna. Odpłynąłem i wyłączyłem się. Poczułem dreszcze, napady ciepła i zimna oraz drżenie mięśni. „Umwuka” przeszyła mnie na wylot niczym maczety, których mnóstwo w scenografii.

Każdą historię można opowiedzieć na wiele sposobów. Ten okazał się trafiony. Jeżeli z powyższych wynurzeń można odczuć, że to jest niezwykle smutna opowieść, to dlatego że tak jest naprawdę. Nie znaczy to wcale, że jej twórcy nie dają widzowi odpocząć. Nieraz bowiem śmiałem się szczerze i głośno. Dzięki temu miałem chwile wytchnienia, które osobie o mojej wrażliwości były niezwykle potrzebne. Na scenie zobaczyliśmy siedmioro aktorów i właśnie tylu ich wystarczyło. Choć każdy z nich gra różne postaci, to każdy jest niezwykle ważny. Gdy nie grają, oddają dźwięki oddechami, westchnieniami, mruczeniem. Tworzą monolit. Tworzą klimat. Wnikają w nas. Ta siódemka ma jeszcze inne znacznie, ale… no właśnie, ale wtedy musiałbym jednak zdradzić jedną z ważniejszych dla mnie scen. Zachwyciła obłąkana Agata Obłąkowska-Woubishet, dziecięcy Adrian Kąca, analityczny Mikołaj Woubishet czy debiutujący na scenie Benoit Le Gros, który jako narrator wprowadza nas w historię Rwandy. Tragiczną. Historię, która znacznie odbiega od tych, z którymi kojarzy się nam Teatr Muzyczny Capitol. Muzycznie jest świetna… ale też ciężka i prawdziwa. Nie ma się co dziwić, jest przecież muzyczną adaptacją reportażu. Być może początkiem czegoś nowego i ważnego we Wrocławiu. Początkiem prawdziwych, reportażowych historii, które powinniśmy poznać. Dzięki którym możemy się na chwilę zatrzymać i zastanowić nad kondycją ludzkości. Nad nami samymi. To od nas zależy, czy jesteśmy na tyle odważni, aby wejść w głąb siebie. Wzruszyć się. Zapłakać. To prawdziwe emocje, które są solą życia. Takich Państwu i sobie życzę.

PS. Rzadko zdarza mi się pisać recenzję tuż po spektaklu. Tym razem górę wzięły jednak emocje i chęć podzielenia się nimi niejako „na gorąco”. Tak prosto z serducha. Tak, żeby ci, którzy mogą, wybrali się do Capitolu jeszcze w tym sezonie, w ten weekend. Tym, którzy się zdecydują życzę prawdziwych, szczerych doznań.

Autor | Daniel E. Groszewski

 

PODZIEL SIĘ
Poprzedni artykułAdrian Kąca: Każdy musi to przeżyć po swojemu [WYWIAD]
Następny artykułPaternoster [FOTO]
Żyjemy we Wrocławiu i patrzymy na świat z perspektywy naszego miasta. A Dzielnice są różne jak tylko różne mogą być. Nader często można odwiedzić nasze wrocławskie dzielnice kultury czy sportu, ze szczególnym uwzględnieniem teatru, filmu czy Śląska.