– Na wydziałach lalkarskich ludzie śpiewają, animują, świetnie mówią wierszem i prozą, są bardzo dobrzy w scenach klasycznych i współczesnych, a mimo to uważa się ich za gorszych – mówi Daria Krzyżaniak w rozmowie z Michałem Hernesem. 

 

Jest maj, trwają matury, rozmawiam z aktorką, która zagrała w „Dziadach” Michała Zadary. Wyobraźmy sobie, że wciela się pani w rolę maturzystki i musi odpowiedzieć na pytanie z tegorocznego egzaminu maturalnego z polskiego, dotyczące „Dziadów” Adama Mickiewicza – czy warto kochać, mimo że miłość wiąże się z cierpieniem?

DARIA KRZYŻANIAK: – Zapewne rozprawienie się z tym pytaniem w pełnej krasie zajęłoby nam sporo czasu, ale myślę, że odpowiedź jest twierdząca. Historia pokazuje, i tak jest chyba w teatrze, że piękne rzeczy powstają tylko z miłości do człowieka i tego, co robi. W przeciwnym razie mamy do czynienia ze zwykłym i bardzo płytkim rzemiosłem.

Opowiem o tym na przykładzie mojego dyplomowego spektaklu „Believe Me You Fool”.  Bardzo kochamy się jako grupa, miłością darzymy też to, co zrobiliśmy, robimy i robić będziemy. Uczuciem miłości obdarzyli nas wszyscy realizatorzy tego przedsięwzięcia: Ewelina Adamska-Porczyk, Cezi Studniak, Łukaszek Wójcik i Michałek Pabian. Niestety, póki co skończyło się tylko na miłości, bo z różnych względów nikt nie chce pokazywać naszego spektaklu. Wszystko sprowadza się do pieniędzy i braku możliwości, chociaż pokazujemy, że te możliwości są i jesteśmy nawet w stanie zdobyć na to pieniądze. Tymczasem okazuje się, że nie można tego robić w imię bezsensowych zasad. To bardzo przykre.  Mimo wszystko wierzę, że prędzej czy później wyjdziemy na swoje.

Chodzi o przebicie się do innych teatrów?

DARIA KRZYŻANIAK: – Dokładnie. Walczyliśmy o to, żeby pokazać się na festiwalu w Łodzi. Walczyła o nas nasza pani rektor, ale – niestety – nie mogliśmy się tam zademonstrować ze względów finansowych i technicznych. Dogadaliśmy się natomiast z teatrem Szwalnia, z panem Marcinem Brzozowskim, który udostępnił nam salę i powiedział, że będziemy mogli wystąpić, ale szkoła poinformowała nas, że nie mają na to pieniędzy. Spotkaliśmy na swojej drodze dużo ludzi, który chcieli nam bezinteresownie pomóc, dać nam za darmo salę teatralną i przenocować nas, ale pojawiła się bariera, której nie jesteśmy w stanie przeskoczyć. Bez pracowników technicznych szkoły i bez scenografii, nie damy rady tego przeskoczyć, mimo najszczerszych chęci.

Czyli nie jest łatwo robić teatr w Polsce?

DARIA KRZYŻANIAK: – Dodatkowo nie jest to łatwe po ukończeniu wydziału lalkarskiego. To kolejny temat, który bardzo mocno nas dotyka. Nie jesteśmy traktowani jak profesjonaliści i pełnoprawni studenci szkoły teatralnej. Nie istnieje rozgraniczenie między teatrem a teatrem lalek i nie powinno się stosować takich rozgraniczeń. Sądzę, że udowadniamy to w spektaklu „Believe Me You Fool”. Pokazują to też „Dziady” Michała Zadary, w których forma miesza się z realizmem i nikt nie ma problemu z tym, że grają tam lalkarze.

Wielu osobom lalki kojarzą się z programami telewizyjnymi typu talent show.

DARIA KRZYŻANIAK: – Albo z bajkami dla dzieci i to jest fantastyczne. Podziwiam ludzi, którzy potrafią się tak bezgranicznie oddać wychowywaniu młodego widza. Nie wszyscy jednak muszą i chcą to robić.

Panuje pogląd, że jesteśmy w jakiś sposób gorsi, tymczasem przez całe studia powtarzano nam, że ten dodatkowy aspekt, czyli ożywianie materii, animacja, jest naszym atutem. Analogicznie jak są aktorzy, którzy tańczą, śpiewają i mają rozliczne umiejętności.

Reżyserzy, z którymi współpracowałam, powiedzieli, że jesteśmy o tyle dziwnym zjawiskiem, że nam – studentom wydziału lalkarskiego, wydaje się, że musimy być lepsi i umieć więcej, niż studenci wydziałów aktorskich. Rzeczywiście tak jest. Na wydziałach lalkarskich ludzie śpiewają, animują, świetnie mówią wierszem i prozą, są bardzo dobrzy w scenach klasycznych i współczesnych, a mimo to uważa się ich za gorszych.

Spektakl lalkarski był na ubiegłorocznej edycji festiwalu teatralnego Dialog. Czy potraktowano go jako ciekawostkę?

DARIA KRZYŻANIAK: – Myślę, że tak. Takie podejście miało dużo ludzi, z którymi rozmawiałam.  Mało osób zdaje sobie sprawę, że taki spektakl nie sprowadza się do tego, że bierzemy słomkę i zaczynamy ją wyginać w różne strony. Ta słomka potrzebuje monologu wewnętrznego, tego, żeby wiedziała, co robi; potrzebuje życia, człowieka, który tworzy postać i nakłada na to warstwy formy. To dużo więcej pracy niż przy zwykłej roli, choć nie chcę nikogo obrazić, nie o to mi chodzi.

W komedii romantycznej „Planeta singli” pojawiły się lalki od Konrada Czarkowskiego, znanego z występów w polskich programach rozrywkowych. Czy takie epizody są czymś dobrym dla zmiany wizerunku lalkarstwa?

DARIA KRZYŻANIAK: – Ciężko mi się wypowiedzieć za innych. To fantastyczne, że ktoś o to zadbał. On zajmuje się mupetami, które są bardzo znane na całym świecie. Specjaliści od mupetów, na przykład w Wielkiej Brytanii, są traktowani dużo lepiej niż aktorzy po szkołach aktorstwa dramatycznego. Sama idea jest cudowna, ale trudno powiedzieć, jak to zostanie odebrane przez ludzi. Nie wiem, czy ktoś to sprowadza do infantylnego poziomu, czy też zauważy, jak dużo jest w tym roboty.

Z drugiej strony pojawia się coraz więcej filmowych aktorów „bez twarzy”, takich jak Andy Serkis, znany z roli Golluma we „Władcy pierścieni”.

DARIA KRZYŻANIAK: – Tak samo jest z dubbingiem, to niesamowita sprawa. Swoje umiejętności aktorskie trzeba dopasować do tego, co się widzi i nie można zmienić środków. To ogromnie trudna robota.

Ostatnio rozmawiałam z moimi przyjaciółmi z grupy dyplomowej, że mamy poczucie, że szkoły teatralne w Polsce troszeczkę nie nadążają za tym, co przynosi rynek. Nie zmienia to faktu, że można zaobserwować tendencję, że przyjmuje się do nich określone typy osób. To fajne, że władze szkoły biorą odpowiedzialność za to, żeby ci ludzie mieli potem pracę. Z drugiej strony, gdy oglądam amerykańskie komedie, które są grane lekko i z niesamowitym dowcipem przez wielkich aktorów, nie mogę tego przełożyć na polskie warunki. W Polsce trzeba grać wielkim, prawdziwym aktorstwem. Jeśli ktoś nie przerobił dogłębnie Czechowa, nie może mówić o sobie, że jest aktorem.  Nie można grać prostych, lekkich rzeczy, tylko trzeba się – za przeproszeniem – zgnoić, ubrudzić i zrobić wszystko na ekstremalnych emocjach. Rynek pokazuje, że nie do końca o to chodzi. O ile rzeczywiście o klasie aktora świadczy to, jakich środków potrafi używać, ale ile można się tak umęczać?

W tym roku w kinach można było obejrzeć przepiękny film „Anomalisa” Charliego Kafumana. Pierwotnie miał to być spektakl teatralny, ale scenarzystę udało się namówić, żeby przerobić go na film, w którym zagrały lalki. To dowodzi, że warto ryzykować, eksperymentować i patrzeć na pewne sprawy inaczej.

Daria KrzyżaniakDARIA KRZYŻANIAK: – Zgadza się. Niedawno byłam na wycieczce w Londynie, gdzie przeszłam się po teatrach. Zauważyłam, że nie ma tam rozróżnienia i gra się musicale, na przykład „Króla lwa”, w którym wykorzystano sztukę lalkarską w zupełnie innowacyjny sposób. Reżyserka Julie Taymor połączyła grę aktorską w masce z człowiekiem. Nie zakryła jego twarzy, ale i tak musi się on poruszać jak zwierze. To zabieg formalny, wpisujący się w definicję teatru lalkowego. Sukces „Króla lwa” dowodzi, że ludzie chcą to oglądać.  Tamtejsi aktorzy muszą być wszechstronni, bo tego wymaga od nich rynek. U nas w Polsce też powoli zaczyna się tak dziać. Większość spektakli, które w ostatnim czasie obejrzałam, wychodzą poza klasyczny model teatru aktorskiego.  Do reżyserów dociera, że mogą używać innych środków.

Gdy pracowaliśmy z Cezarym (Studniakiem – przyp. red.), mówił, że jest to dla niego największe wyzwanie, bo w swojej pracy nigdy nie miał do czynienia z tą materią i był to dla niego swego rodzaju egzamin z tego, jak sobie poradzi ze zrozumieniem tematu. Tłumaczyliśmy mu, że tak naprawdę nie chodzi o to, żeby coś nazwać lalkarstwem, tylko żeby myśleć nie tyle przedmiotem, co formą. Niekoniecznie trzeba coś przeżyć, żeby widz to przeżył. Można to pokazać w zupełnie inny sposób. Na jednym z pierwszych spotkań powiedzieliśmy Cezaremu, że nawet nie zdaje sobie sprawy, że jest lalkarzem.  W jego „Kocham cię, ja ciebie też nie” wręcz uderzyła nas scena, w której dziewczyny wystawiają swoje ręce, nogi i zaczynają nimi ruszać na płaszczyźnie ogromnej ściany.  To niesamowicie lalkowy pomysł; wymowny w formie, a nie w emocji. Nie baliśmy się więc, że Cezary nas nie zrozumie.

W naszym dyplomie jest scena, w której lalka dokonuje gwałtu na człowieku. Spotkałam się z opiniami wielu ludzi, że to była jedna z najmocniejszych scen, jakie kiedykolwiek widzieli. Symbol martwego przedmiotu, który znęca się nad czymś, co żyje, był dla nich tak uderzający, że nie potrafili tego opisać słowami.

Skojarzyło mi się to z kontrowersyjnym fragmentem horroru „Istota” Vincenzo Nataliego, w której tytułowe stworzenie uprawiało seks ze swoim stwórcą. To również mocny i szokujący fragment, który trudno opisać słowami. Wracając jednak do teatru lalkowego, wielu osobom kojarzy się on z kulturą azjatycką.

DARIA KRZYŻANIAK: – Teatr to swego rodzaju obrzęd.  W teatrze bunraku stopy animuje jedna osoba, druga zajmuje się głową i prawą ręką, a trzecia – lewą ręką. Potrzeba wielu lat nauki, żeby przejść od nóg do głowy. Za głowę zabierają się ludzie dopiero sześćdziesięcioletni. To niesamowita tradycja, wręcz namaszczenie teatru. Odnoszę wrażenie, że w Europie już to tak mocno nie funkcjonuje.

Lalki pasują do opowieści o wyalienowaniu, o której jest mowa w „Believe Me You Fool”.

DARIA KRZYŻANIAK: – Michał Pabian napisał tekst dla nas, co postawiło naszą grupę w niesamowicie komfortowym położeniu, bo przeważnie reżyser stawia aktorów przed faktem dokonanym.  Nie zdawaliśmy sobie sprawy, jak bardzo obudzi to w nas pokłady tego, jak mocno ludzie czują się samotni. Często okazuje się, że zostajemy ze wszystkim sami. Chcemy przekazać innym pozytywną energię, a w zamian dostajemy pustkę.

Nie obawia się pani, że w teatrze lalki mogą przegrać z technologią 3D?

DARIA KRZYŻANIAK: – Wszyscy się tego boją. To zagrożenie dla teatru i aktorstwa. Bardzo boję się robić bajki dla dzieci, bo nie wiem, czy potrafię być bardziej interesująca niż tablet i gra komputerowa. Ile jest aktorstwa w filmach akcji? Opierają się one na efektach specjalnych, a być może za chwile nie będą w nich potrzebni aktorzy.

Aktorów wciąż potrzebuje chociażby Michał Zadara, który korzystał z lalek w „Dziadach”.

DARIA KRZYŻANIAK: – To reżyser, który nie boi się nowości i świetny inscenizator, bardzo odważny w sięganiu po wszelkie aktorskie środki. Gdy na pierwszej próbie „Dziadów” usłyszałam, że na scenie zostaną namalowane horyzonty, obawiałam się, że będzie to nieautentyczne, tymczasem Zadara dowodzi, że nie należy się bać formy w teatrze.

Co zafascynowało panią w lalkach?

DARIA KRZYŻANIAK: – Nie są jednowymiarowe i same w sobie pokazują drugie dno.  Z lalką jest tak samo jak z piosenką. Gdy kończy się coś, co może zrobić aktor, w tym momencie powinna się pojawić lalka. To przedłużenie emocji; coś, czego nie jesteśmy w stanie przekazać i powiedzieć. Żeby powstało coś dobrego, muszę stworzyć lalkę od podstaw. Musi być dokładnie taka, jak widzę ją w głowie i muszę się z nią zaprzyjaźnić.  To musi być mój przyjaciel i członek mojej rodziny, żebym mogła przelać na niego to, co mam w głowie i w sercu. Tylko wtedy to funkcjonuje. Początkowo buntowałam się, że jedynie dubbingujemy lalki, ale kiedy zaprzyjaźniłam się z lalką, zaczęły mi wychodzić zupełnie inne rzeczy. Lalka uczy bardzo dużej pokory.  Trzeba zrezygnować z siebie i ze swojego ego na rzecz robienia sztuki. Z moich obserwacji wynika też, że żaden człowiek nie potrafi zagrać smutku lepiej niż lalka.

To podążanie pod prąd we współczesnych narcystycznych czasach mediów społecznościowych.

DARIA KRZYŻANIAK: – Trzeba umieć to ze sobą połączyć, bo konkurencja nie śpi. Poza pokorą, należy mieć świadomość swoich umiejętności. Zawsze będzie ktoś lepszy. W przypadku dziewczyn – młodszy i ładniejszy. Nie o to chodzi. Być może lepszy, młodszy i ładniejszy nie ma poukładanego w głowie tyle, co ja. Aktorstwo to bardzo często praca na swojej osobowości i swoim wnętrzu. Może nie będę najbardziej oklaskiwaną aktorką solistką w teatrze narodowym, ale będę szczęśliwym człowiekiem, robiącym to, co kocham i dającym tę miłość drugiemu człowiekowi. Nie ma chyba nic bardziej wartościowego.

Chętnie bym kiedyś zobaczył wybitnych aktorów, podejmujących wyzwanie stworzenia roli wspólnie z lalką.

DARIA KRZYŻANIAK: – Wydaje mi się, że ci wybitni nie mieliby z tym problemu i potraktowaliby to jak wyzwanie. Po wydziale lalkarskim są Maja Komorowska i Jan Peszek. Tego wydziału nie ukończył co prawda Janusz Gajos, ale przeczytałam jego pracę, w której opowiadał o swoich doświadczeniach z maską i lalkami. O tym, jak pierwszy raz pierwszy tak naprawdę stworzył rolę, bo pozbył się siebie i musiał zbudować coś od podstaw. Wszystkim się wydaje, że to taka prosta sprawa, a skoro wówczas udało się to stworzyć Gajosowi tylko raz, o czymś to świadczy.

Rozmawiał | Michał Hernes

  • Zdjęcie | Marek Maziarz / BTW photographer

Daria Krzyżaniak – studentka IV roku Wydziału Lalkarskiego wrocławskiej filii PWST w Krakowie. W tym sezonie będzie ją można zobaczyć 18 maja w „Believe me you fool” w reż. Cezarego Studniaka  (granym już chyba po raz ostatni, w trakcie festiwalu na PWST) oraz 18 czerwca w całych „Dziadach” w reż. Michała Zadary w Teatrze Polskim we Wrocławiu.



Festiwal Dramatu STREFY KONTAKTU