Kupując bilety wspieramy twórców, zachęcając ich do dalszej pracy, pytanie, czy to zawsze słuszna droga, czy niekiedy nie lepiej odpuścić sobie seans, niż wesprzeć i później żałować.

Pamiętam seans filmu Bogowie i Tomasza Kota, który przed jego rozpoczęciem podziękował za wspieranie legalnej kultury. Prosta, kilkunastosekundowa wstawka, a tak dająca do myślenia. Wychodząc z kina byłem zadowolony, wiedziałem, że dobrze zainwestowałem zarówno czas, jak i pieniądze, że takich filmów potrzebujemy więcej, a każdy kolejny sprzedany bilet to wsparcie dla twórców i swojego rodzaju podziękowanie za trud ich pracy. Zwyczajnie im się należy.

Zastanawia mnie, czy widzowie najnowszego filmu Antoniego Krauze wychodzili z kina z podobnym przeświadczeniem, że przyczynili się do czegoś dobrego, zainwestowali swoje ciężko zarobione pieniądze w przyszłość polskiej kinematografii. Nie oceniając filmu Smoleńsk, nie odnosząc się do dziesiątek negatywnych, często wręcz miażdżących recenzji, tak z czystej ciekawości, chciałbym się dowiedzieć, czy się opłacało?

Filmu, o którym mowa, nie widziałem, jednak co do jego jakości recenzenci są raczej zgodni – szału nie ma, mówiąc delikatnie. I tutaj pojawia się kolejne pytanie, cóż w takim razie skłoniło ludzi do zakupu biletu i poświęcenia swego czasu? Otóż powodów jest zapewne wiele, jedne bardziej, inne mniej chwalebne. Rozumiem ludzi, który utożsamiają się z wersją faktów przedstawioną w dziele Krauzego. Siedzieli zapewne i kiwali głowami ze zrozumieniem podczas gdy kolejne obraz migały na ekranie. Może nawet powtarzali pod nosem: tak, dokładnie tak było. Mają do tego oczywiście pełne prawo.

Potrafię zrozumieć także zwolenników wszelkiego rodzaju teorii spiskowych, czy zwyczajnie wielbicieli reżysera (aktorzy raczej ich nie mają – choć może się mylę). Idą, płacą, oglądają, proszą o zwrot pieniędzy, czy też rzucają nimi w twórców skandując: więcej, więcej!

Ostatnią grupą są ludzie, którzy zwyczajnie chcieli się pośmiać. Ryknąć sobie gromkim śmiechem na sali. Wierzę, że takich osób wcale nie brakowało, a zdecydowanie powinno. Filmu Smoleńsk, jak wspomniałem, nie widziałem i raczej nie zamierzam oglądać. Nie dlatego, że nie zgadzam się z jego treścią, czy uważam go za złe kino. Zwyczajnie boję się, że zareaguję w sposób niewłaściwy. A jednak uważam, że ofiary katastrofy Smoleńskiej zasługują na choć odrobinę szacunku. Cóż miałbym począć, kiedy przed filmem ktoś podziękowałby mi za zakup biletu, a ja nie dość, że żałowałbym tego wydatku, to jeszcze czułbym się zniesmaczony.

Reasumując, uważam, że jeśli nie należę do dwóch pierwszych grup i w związku z tym nie jest to film nakręcony dla mnie, to zgodnie z moimi przekonaniami lepiej odpuścić. Pierwsza sprawa to szacunek o którym wspomniałem, całkiem możliwie, że ten film wyrządzi więcej krzywd, a niżeli dobra. Druga, że jakoś wolę nie wspierać twórców.

Autor | Patryk Wolny

PS. Smoleńsk spotkał się raczej z chłodnym przyjęciem. W weekend otwarcia obejrzało go niespełna 108 tyś. widzów, co moim zdaniem jest dobrym wynikiem. I choć obstawiałem, że przyciągnie on znacznie większe tłumy to ostatecznie cieszę się, że się myliłem.