Dwadzieścia siedem penisów prawdy. Historia Amerykańskiego Wandala

Jeden penis namalowany w zeszycie potrafi sprawić kłopot, a dwadzieścia siedem? Z trudem można sobie wyobrazić sytuację, gdy ktoś je maluje czerwoną farbą na samochodach grona pedagogicznego szkoły, w której  się uczy. No cóż, pozostaje złapać i ukrzyżować winnego – pisze Patryk Wolny.

Dylan Maxwell (Jimmy Tatro) jest całkowicie zdeprawowanym uczniem liceum i jak się okazuje wandalem, dla którego nie ma nadziei na poprawę. Jedyne co pozostało – to dokonać amputacji.  Odciąć zgniły element w postaci ucznia od zdrowego organizmu szkoły. 

W tym samym dniu, w którym niezidentyfikowany sprawca namalował na dwudziestu siedmiu samochodach czerwone penisy, zapadł wyrok. Pomimo poszlakowych dowodów rada pedagogiczna postanawia obarczyć winą Dylana. Przewidziana kara to wydalenie z liceum w ostatnim roku nauki i grzywna w wysokości 100 000 dolarów na rzecz pokrycia kosztów usunięcia wyrządzonych szkód. Pomimo, że policyjne śledztwo jeszcze trwa, a rozprawa sądowa majaczy gdzieś daleko na horyzoncie, w szkole sprawiedliwości stało się zadość.

Wciąż jednak pozostaje pytanie: czy aby na pewno to Maxwell jest winien? Dwóch uczniów, Peter (Tyler Alvarez) i Sam (Griffin Gluck), postanawia nakręcić dokument, by poznać prawdę i ustalić, czy Dylan faktycznie winien jest przypisywanemu mu aktu wandalizmu. Podczas pracy nad filmem prowadzą oni swoje prywatne śledztwo, szukają nowych i analizują dotychczas zdobyte dowody. Rozmawiają z licealistami i nauczycielami, wyłapując nieścisłości, które mogłyby przybliżyć ich do odkrycia tożsamości sprawcy.

„American Vandal” to najprawdziwszy kryminał, pełen interpretacji dowodów, budowania portretów psychologicznych, wszystko jednak z punktu widzenia amatorów, uczniów liceum, którzy postanowili zabawić się w detektywów. Spotkałem się z opiniami, że serial można uznać momentami za prześmiewczy czy wręcz parodiujący swoich dorosłych odpowiedników. Jednak nie mogę się z nimi zgodzić. Pod płaszczykiem zabawy kryje się bowiem dosadna prawda o naszych czasach. Fikcja ubrana w formę dokumentu wygląda na tyle prawdziwie, że wydaje się iż wydarzenia, które poznajemy na przestrzeni ośmiu odcinków równie dobrze mogłyby dziać się naprawdę. Być może faktycznie gdzieś podobna historia miała miejsce. Zdaję sobie oczywiście sprawę z tego, że można by tak napisać o niemal każdej produkcji. Mimo wszystko produkcja Netflixa daje do myślenia, jeśli tylko odłoży się na bok żarty.

Nie jest to natomiast jedyny sposób interpretacji, jaki pasuje do „American Vandal”. Gdy przyjrzeć się bliżej zauważymy, że tytuł każdego z odcinków to tak naprawdę żart, gra słowna nawiązująca do… penisa. Dylan, główny podejrzany, znany jest pośród rówieśników i nauczycieli jako dowcipniś, który nie przepuści żadnej okazji, by z kogoś pożartować. Biorąc pod uwagę powyższe, można założyć z dużą dozą prawdopodobieństwa, że całość to tylko kolejny żart, który ewentualnie z czasem przestaje śmieszyć, a zaczyna przerażać.

Peter, odpowiedzialny za realizację dokumentu, w pewnym momencie zauważa, że Dylan może i z niego robi sobie żarty, a niewinność nie musi być wcale taka oczywista. Serial przez cały czas utrzymuje widza w napięciu. Poznajemy nowe dowody i zwroty akcji, które zamiast odpowiadać na pytania, zmuszają do stawiania kolejnych. Po seansie ostatniego odcinka złapałem się na tym, że nie mogłem uwierzyć iż to koniec, byłem przekonany, że powinny być co najmniej jeszcze dwa epizody by serial mógł się skończyć.  

„American Vandal” to niepozorny koleś. Pojawił się nagle na Netflixie i zaczął zbierać pochlebne opinie. Wierzę, że kolejny sezon jest już w planach (jeśli nie w produkcji) i czekam, choć obawiam się, czy kolejna odsłona będzie w stanie dorównać pierwowzorowi. Inna sprawa, że twórcy udowodnili, że przy małym budżecie można zrobić coś naprawdę na wysokim poziomie.


Autor: Patryk Wolny