Największym błędem było niezapoznanie się z książką Pauli Hawkings przed udaniem się na seans „Dziewczyny z pociągu”. Otóż to nie jest dobry film i podejrzewam, że jeszcze gorsza adaptacja – pisze Patryk Wolny.

Zacznijmy jednak od początku, dlaczego tak hucznie zapowiadana adaptacja (podobno) znakomitego światowego bestsellera nie zasługuje na miano dobrego filmu? Cóż, gdyby zawinili aktorzy lub samo wykonanie, nie było by jeszcze wielkiej tragedii. Zdarza się. Jednak niepokojące jest to wrażenie podczas seansu, że całość to jedynie drobne rysy na powierzchni grubej tafli lodu, pod którym skrywa się cały potencjał filmu. Trochę tak, jakby twórcy rzucili się z motyką na słońce. Projekt wiedziony sukcesem przeróżnych adaptacji z ostatnich lat. Kolejna moda, która rozgościła się w Hollywood. Przykładów nie trzeba szukać daleko: ekranizacja książki Inferno Dana Browna, czy wchodzący na ekrany kin wraz z Dziewczyną Osobliwy dom pani Peregrine pióra Riggs Ransom, a to tylko wierzchołek góry lodowej.

Rachel (Emily Blunt) dowiedziawszy się, że nie może zajść w ciążę postanawia poszukać ukojenia w alkoholu, co powoli, lecz skutecznie zżera jej małżeństwo. Mijają dwa lata, w międzyczasie rozwód, pozostaje samotność i ciągłe poszukiwanie zrozumienia na dnie kolejnych butelek. Życie zlewa się w ciąg powtarzających się wydarzeń. Każdego ranka wstaje by o 8.04 wyruszyć podmiejskim pociągiem w podróż do pracy w Londynie. Po drodze oddaje się marzeniom o utraconym życiu, co prowadzi do obsesyjnego obserwowania pary zamieszkującej dom, który mija co dnia na swej trasie. Pewnego poranka staje się świadkiem tragedii.

Megan (Haley Bennett) to idealne odzwierciedlenie tego, co Rachel utraciła. Pewnego ranka całuje się z dziwnym mężczyzną na altanie przed swoim domem. Mężczyzna nie jest jej mężem. Dwa dni później kobieta znika bez śladu. Nie chcąc zdradzać fabuły tutaj zakończę, choć ostrzegam, że nawet zwiastun potrafi zepsuć elementy zaskoczenia. Został on sklejony w taki sposób, by już na początku widz znał połowę historii, a drugiej połowy mógł się domyślić. Może najzwyczajniej twórcy uznali, że i tak każdy już przeczytał książkę, więc wie jaki los spotyka poszczególne postaci – otóż nie, dlatego ostrzegam.

Aktorsko Emily Blunt wspina się na wyżyny swojego talentu, Rachel w jej wykonaniu można uznać za jedną z najlepszych, jeśli nie najlepszą, rolę w jej karierze po dziś dzień. Wykreowana przez nią postać samotnej alkoholiczki, która w dodatku musi walczyć z płatającą jej figle pamięcią, ponieważ w dniu wypadku zalała się w trupa, zasługuje na uznanie i sprawia, że film zyskuje. Dodaje to dodatkowego smaczku, ponieważ nie jesteśmy pewni, czy Rachel walczy tylko ze swoim umysłem, czy rzeczywiście istnieje ktoś inny, kto odpowiada za tajemnicze zniknięcie Megan.

I tutaj pochwały się kończą. Może podchodzę do tego zbyt krytycznie, jednak podczas seansu miałem wrażenie, że postaci w filmie, praktycznie bez wyjątku, zachowują się i wypowiadają swoje kwestie, jakby miały co najmniej po kilka morderstw na sumieniu, a w dodatku wszyscy są jakoś ze sobą powiązani. Możliwe, że to także wada książki, jednak świat przedstawiony sporo traci na wiarygodności, kiedy każda kolejna postać pojawiająca się na ekranie okazje się sąsiadem, nianią czy mężem Rachel, który ciągle do niej wydzwania. To taki jeden wielki zbieg okoliczności.

Inna sprawa, że wspomniane kwestie dialogowe postaci mają chyba budować napięcie, bowiem wszystko daje do myślenia, wszyscy kręcą tworząc fałszywe tropy za którymi, jak mniemam, twórcy chcieli by widz podążał i grzązł w historii, która zaskoczy go ostatecznym rozwiązaniem tajemniczy. I jak to się ma do faktu, że już sam zwiastun nie potrafi zbudować napięcia, a zwyczajnie zdradza cześć historii?

Historia opowiedziana w filmie ma potencjał i udowadnia to choćby sprzedaż książki, jednak jak to często w przypadku adaptacji bywa „Dziewczyna z pociągu” powinna zostać tam gdzie jej miejsce, czyli w domowej bibliotece zaraz obok innych świetnych książek. Tate Taylor jako reżyser niczym nie zaskakuje i pomimo że można wyjść z kina w przeświadczeniu, że widziało się dobry film, dla mnie był on jedynie delikatnym otarciem się o powierzchnię.

Autor | Patryk Wolny

Film obejrzałem dzięki uprzejmości Multikina