„Dziubanina” [RECENZJA]

Spektakl Piotra Dziubka i Agaty Dudy-Gracz z 38. Przeglądu Piosenki Aktorskiej zyskał sobie grono wielbicieli i przeciwników. Pierwsi podziwiali kunszt kompozytora i wyobraźnię reżyserki. Drudzy zaś opuszczali salę bądź w niezadowoleniu trwali do końca, bo głupio tak się przeciskać między widzami w trakcie spektaklu. Formuła, jaką przyszło realizować artystom nie jest rozrywka łatwą. Duda-Gracz i Dziubek wypełnili swoje wizje w sposób intrygujący, wychodzący poza sztampę.

Piotr Dziubek połączył w jedno wykonawców pięknych piosenek ze spektakli, do których napisał muzykę. Chciał, by wszyscy znaleźli się na jednej scenie razem z nim. Agata Duda-Gracz miała za zadanie ubrać tę muzykę w obrazy. Dać jej ciało, ruch, życie. Przepiękny plastycznie i muzycznie spektakl nie miał linearnej fabuły. Pojawiały się w nim różne stałe motywy, jak choćby turlanie aktorów po scenie, drgawki agonalne czy taniec. Nad ruchem scenicznym (jak zwykle w spektaklach Dudy-Gracz) czuwał Tomasz Wesołowski. Układ taneczny, który sam sobie wymyślił, wykonał na pustej scenie Capitolu. Był poruszający, delikatny, niby dawał jakąś nadzieję, że zdarzy się coś dobrego, po czym nadzieja ta zniknęła, gdy przy końcu tej sceny Wesołowski zapętlił taniec nerwowo i nic nie pozostało. Podobne w odbiorze, emocjonalne i wyraziste były układy Reni Gosławskiej z Teatru Muzycznego w Gdyni. Na tle kolorowych kostiumów innych aktorów Gosławska błyszczała piękną, krwistą czerwienią sukni. Nie dało się oderwać od niej oczu, nie można było się jej oprzeć. Na niej budowała się ta historia. Była wszystkim, co targa artystą. Ona, jako muza kompozytora, ona miłość i samotność, ona-cierpienie. Tak się już utarło, że artysta więcej jest w stanie stworzyć, gdy cierpi. Z cierpienia powstawały dzieła wybitnych muzyków, malarzy, reżyserów czy pisarzy. W spektaklu „Dziubanina” mamy obraz cierpiącego człowieka, w pustym domu. W głowie kłębią mu się myśli, nuty, wspomnienia, pomysły (w tej roli Krzysztof Wrona, Teatr Dramatyczny w Opolu). Włażą mu do domu przez szafki, dziurę za pianinem. Jest ich pełno, duszno od nich i ciężko się zdecydować, komu dać głos? Komu pozwolić zostać? Wśród znakomitych głosów znalazła się Emose Uhunmwangho (TMC), Ilona Krawczyk, Katarzyna Kurdej-Mania i Karolina Trębacz oraz wspomniana już Renia Gosławska (Teatr Muzyczny w Gdyni), Grzegorz Łukawski (Teatr im. Słowackiego w Krajkowie), a także Cezary Studniak (Teatr Muzyczny Capitol). Jako chórzyści wystąpili studenci Studium Musicalowego Capitol. Ciężki kaliber i być może dla niektórych nie do uciągnięcia. Piotr Dziubek obecny był prawie cały czas na dodatkowej scenie nad scena główną. Dyrygował orkiestrą i nie znikał z obrazka, jaki malował się przed oczami. Katarzyna Łuszczyk, reżyser światła, nie pozwalała mu zniknąć. Dzięki jej światłom był kolejną postacią w tej przedziwnej układance. Łuszczyk dodała temu spektaklowi dodatkowych skrzydeł. Kolorowych, delikatnych, silnych, wrażliwych. Połączyła ze sobą osoby, obrazy i muzykę. Uwodziła w sposób nienachalny, jakby rzucała na każdą z postaci magiczny pył.

Ogromne wyzwanie miała przed sobą reżyser Duda-Gracz. Dostała gotową muzykę, gotowe w niej emocje do spektakli Wojciecha Kościelniaka. Musiała przepuścić je przez siebie, by dać im drugie życie, takie „Dudowe” życie. Takie, jakie zwykle mają bohaterowie historii, które opowiada w teatrach. Postaci prawdziwych do szpiku kości. Brzydkich, ładnych, potłuczonych, poranionych. Miłujących i cierpiących. Ja to biorę. Może bez ciągłego turlania zbyt dużego chóru, ale biorę. Niestety jest jeszcze minus: po takim spektaklu nie wychodzi się zadowolonym z teatru.

Czy Agata Duda-Gracz i Piotr Dziubek będą próbowali jeszcze razem coś stworzyć? To pytanie nurtuje mnie ogromnie i ciekawi, na ile wyszli zadowoleni z tej współpracy, a na ile pokiereszowani.


Autor: Sabina Misakiewicz
Zdjęcie: Łukasz Giza / PPA