Teatr włoskiego artysty Pippo Delbono może zachwycić albo zupełnie nie przypaść do gustu. Reżyser w swojej pracy korzysta z trików wywołujących najprostsze ludzkie emocje. Wzruszenie, śmiech czy złość, królują zatem na scenie, jak i on. Pan sytuacji. Twórca i stwórca – pisze Sabina Misakiewicz.

Włoski reżyser nie jest podskakującym wesołkiem, choć mogłoby się tak wydawać. Jego kreacja ukazuje człowieka pogodzonego z samym sobą i szukającego odpowiedzi na wszystkie zagadki świata. Delbono już na wstępie deklaruje, że nie wierzy w Boga, kościół, księży. Ma traumatyczne przeżycia, które sukcesywnie go od tej „trójcy” oddalały. Nie chciał i wciąż nie chce umartwiać się, żyć w poczuciu winy, bać się piekła… Tam przynajmniej jest wesoło.

Jego spektakl „Ewangelia” dotyka istotnych aspektów wiary, jej braku i ogólnej kondycji człowieka w dzisiejszym świecie. Cała opowieść krąży wokół obietnicy, jaką Delbono złożył umierającej matce: nawrócić się i zrobić spektakl o Bogu. Pomiędzy cytatami z Ewangelii, które są ukazane w poruszający sposób przemyca kontrowersje wokół uchodźców, którzy uciekając do lepszego życia toną na morzu i nikogo to nie obchodzi. „Ewangelia” Delbono, to kolaże różnej stylistyki teatralnej składającej się z następujących po sobie obrazów komponowanych głównie z ciał działających w świecie sceny znakomitych aktorów z Zagrzebia. Wspólnie na scenie  występują też aktorzy-amatorzy, których Delbono spotkał na swojej drodze i zabrał ich, jak pokiereszowane, bezdomne koty w świat teatru. To ludzie, którzy dzięki swoim przeżytym historiom są w stanie opowiedzieć nam, widzom historie Delbono.

W „Ewangelii” reżyser jest też aktorem, demiurgiem. Swoją obecnością w spektaklu przekracza granice, łamie i wyśmiewa skostniałe zasady. Przemawia wprost do widzów przez mikrofon, rozrzuca po scenie kartki scenariusza, z którego bez skrępowania czyta głębokie, dotykające frazy o człowieczeństwie, wierze, oddaniu, miłości, matce i swojej chorobie. Wdzięczy się w szalonym tańcu, prowadzi za rękę aktora-Jezusa, w którego nie wierzy i starca Bobo, którego podobno porwał z psychiatryka. Pippo Delbono porusza prawdą jaka się wydarza na scenie, wrażliwością na życie. Porusza sposobem opowiadania, narracją bogatą w obrazy nieznoszące sprzeciwu. W nie, nie można nie uwierzyć. Są zarazem piękne, malarskie i poetyckie, jak i tragiczne i groteskowe. To, co nam pokazuje jest, dzieje się obok nas i przeraża poziomem absurdu. Wojny?  Bezsensowne śmierci? To same absurdy.

W trakcie spektaklu Pippo Delbono siedział na krześle przede mną. Zastygał tam na parę chwil by złapać oddech, napić się wody i zaczekać na swoje kolejne wejście. To było przedziwne uczucie mieć go tak blisko. Drżącego, oddychającego ciężko, w mokrej od potu koszulce, ale skupionego i pełnego pozytywnej energii. Wciągał jego zadziwiający dystans do samego siebie i radość z posiadania narzędzia, jakim jest teatr. Tuż obok reżysera miał swoje miejsce pewien młody człowiek, który gdzieś w środku całej historii staje się jej ważną częścią. Wstaje z krzesła, łapie światło i milczy. Z offu płynie jego głos, a z projektora film. Niewiele na nim jest oprócz morza i stojących w polu kukurydzy kilku osób. Z twarzami niczym zaszczute zwierzęta. Bezbronnymi spojrzeniami. Tak jak uchodźcy na filmie, tak mężczyzna stojący dwa metry przede mną milczy patrząc wprost na widzów. Tym milczeniem opowiada o walce, jaką toczył by być wolnym człowiekiem, by przeżyć na morzu płynąc do lepszego świata. Mówi o bezwzględności przemytników – ludzi, którzy na małe łodzie ładowali dwa razy więcej osób, niż to dopuszczalne. I o tym, jak ci ludzie tonęli na jego oczach. Scena ta porusza, niczym zdjęcie martwego chłopca na plaży, które obiegło kulę ziemską. Dwa metry ode mnie człowiek, który też mógł leżeć martwy na podobnej plaży. Razem ze swoim przyjacielem, któremu ryby zjadły twarz.

Delbono takimi zabiegami sięga do najniższych ludzkich instynktów z zamiarem wykorzystania ich do wyższych celów. Do zrozumienia świata, do akceptacji inności, do wiary nie w instytucję, nie w Boga, ale w moc drugiego człowieka. Namawia do zaprzestania epatowania swoją przynależnością do religii na pokaz, bez potwierdzania tej przynależności w czynach. Namawia do być dobrym człowiekiem.

 

Autor | Sabina Misakiewicz

27.10.2016

  • Zdjęcie | Maciej Zakrzewski / Olimpiada Teatralna