Dostałam mandat. Nawet nie jakiś wysoki. Nie powiem, policjant wręczał mi go z niejakim współczuciem. Ale od początku, bo było jak w dowcipie: gość wysiadł z samochodu, spytał czy mam jakiś problem, zaczęłam opowiadać i tak siedzimy sobie drugą godzinę i pochlipujemy cichutko…

24 jajka otrzymane w prezencie od kuzynki teścia sąsiadki czy innej osoby, z gatunku tych, jakich na oczy nie widziałam, ale które uaktywniają się w okresie wiosennym rozdając każdemu chętnemu jajka, wczesną sałatę, rzodkiewki i wiele innych smacznych specyfików, które zawsze obradzają im w zdecydowanym nadmiarze. 24 piękne, duże jajka zniesione przez biegające po podwórku i wyciągające robaki z ziemi kury. 24 jajka, które zamierzałam gotować, faszerować, siekać i przecierać w ramach przyrządzania świątecznych potraw pięknie spłynęły po desce rozdzielczej mojego samochodu, robiąc urocze, dwubarwne kałuże na wycieraczce… Jak można coś takiego w ogóle sprzątnąć? Zastanawiałam się, a jedyne co przychodziło mi do głowy to wezwanie straży pożarnej lub ekipy do sprzątania po nieboszczykach, których odejścia z tego świata długo nikt nie zauważył…

Rozważałam właśnie użycie myjki ciśnieniowej, kiedy zadumę przerwał mi telefon z przedszkola. – Czy może pani porozmawiać z córką, bo mamy tu taki jajeczny bunt  – poinformowała mnie przedszkolanka wyjątkowo spokojnie jak na słowo „bunt” i na to, co zastałam w przedszkolu. A zobaczyłam przerażoną kucharkę chowającą tacę ze śniadaniem, chłopców straszących dziewczynki, że nakarmią je jajkami oraz dziewczynki uciekające z krzykiem: ja nie chcę mieć dzieci. Pośrodku tego wszystkiego stała moja córka z miną Zagłoby: jam ci to nie chwaląc się uczyniła. A uczyniła co następuje: wyjaśniła, że wszystkie dzieci wzięły się  z jajek. Mamusie takie jajka połykają (no tak, mówiłam jej o jajeczkowaniu, o ja szalona…), te jajka rosną im w brzuchach aż brzuchy stają się takie ogromne, że pękają jak skorupki, kiedy dzieci są gotowe by wyjść na świat. Teraz wszystkie dziewczynki boją się, że jak zjedzą jajko, to zostaną matkami…

Cała sprawa z przedszkolem sprawiła, że nie miałam kiedy doczyścić samochodu, jajka utworzyły w środku rodzaj skorupy, w dodatku pod wpływem wysokiej temperatury zaczęły wydzielać coraz ostrzejszą woń. Udało mi się usunąć przynajmniej część, kiedy od pracy oderwał mnie kolejny telefon. Tym razem dzwonił znajomy profesor, z którym miałam umówiony wywiad za kilka dni. Dzwonił, żeby poinformować mnie, że za kilka dni to on będzie w Oslo, Sztokholmie czy w Rejkiaviku, ale bardzo chętnie spotka się ze mną w dowolny momencie, choć najlepiej to dzisiaj. O dowolnej porze, on się oczywiście dostosuje, ale wolne ma tylko od 13 do 15. Chcąc nie chcąc ponownie porzuciłam jajecznicę w samochodzie, odmyłam się z maseczki jajecznej i szczęśliwa, że mam pod ręką samochód męża, pognałam na spotkanie z profesorem.

Układałam w pamięci listę pytań, kiedy z zadumy wyrwał mnie dla odmiany nie telefon, ale lizak. Zwykły policyjny lizak, który ktoś wystawił z okna srebrnej Insigni… Zatrzymałam się w zatoczce z piskiem opon. – Dzień dobry, prawo jazdy, dowód rejestracyjny oraz ubezpieczenie proszę – przywitał mnie standardowo mundurowy. Z dowodem rejestracyjnym nie było problemów, za to prawo jazdy okazały się wyjątkowo skutecznie sklejone z resztą portfela, a wszystko wyglądało jak polane grubą warstwą lukru. – Przepraszam, pewnie torba była na siedzeniu razem z jajkami. Rozbiły mi się dzisiaj dwa tuziny jajek w samochodzie i to pewnie od tych jajek – zaczęłam się tłumaczyć nie wiem dlaczego.

– 24 jajka? W tym samochodzie? Jak to pani odczyściła! – ożywił się policjant i nawet przestał interesować się prawem jazdy.

– Nie w tym samochodzie i nie odczyściłam…

– Uuuu, to nie dobrze. Kiedyś wpadło mi kilka jajek pod fotel pasażera i mówię pani, po dwóch dniach był taki smród, że nawet wymiana dywaników nie pomogła. Szorowałem, pucowałem i nic – opowiadał oparty o drzwi policjant.

– Próbowałam, to najpierw musiałam do przedszkola jechać…

– Dziecko zachorowało? – zgadywał policjant. – Moja żona też ostatnio dwa razy była wzywana do przedszkola, bo niby dziecko chore, ale jakie one chore, jak w domu ani temperatury ani nawet kataru nigdy nie ma!

Wyjaśniłam, że szczęśliwie tylko wystraszyła koleżanki, że od jedzenia jajek można zajść w ciążę, a to wszystko przez to, że kobiety jajeczkują. Dodałam też, że właśnie pędzę na spotkanie zawodowe, które zostało nagle przełożone i może odbyć się tylko dzisiaj, a konkretniej to za dwadzieścia minut. Nie jestem na nie przygotowana, nie wiem, czy zdążę odebrać dziecko z przedszkola, a o tym co w stanie się z jajecznicą w moim samochodzie nawet nie chcę myśleć. Ogólnie to ja to wszystko chrzanię, nawet nie koniecznie wielkanocno chrzanię, tylko tak normalnie, z potrzeby serca, ducha i układu nerwowego…

– Proszę się nie zamartwiać, wróci pani do domu, mąż pomoże pani coś wymyślić – uspokajał mnie policjant.

– A figa z makiem, właśnie, że nie pomoże, bo jest jak zwykle w delegacji, poza domem. Kiedy się wali, to on zawsze jest w delegacji. Jak jest, to wszystko jest cacy, żadnych problemów. A tylko wyjeżdża i trach: to się komin zatka, to brama zamarznie, raz nawet pół remontowanego dachu zerwało, kiedy go nie było. Mówię panu – jak coś się dzieje złego, to nigdy go nie ma – żaliłam się, a policjant kiwał głową ze zrozumieniem.

– Moja żona mówi dokładnie to samo, słowo w słowo to samo! Że jak tylko wyjeżdżam, to zaraz się coś w domu sypie jak na złość – mówił. – Wie pani ja to się już boję tych wyjazdów, bo myślę tylko, co tu może nawalić.

Konwersowalibyśmy pewnie tak jeszcze długo, gdyby drugi  policjantów nie przypomniał, że to w końcu czynności służbowe, a nie pogaduchy przy herbacie.

– Co ja tu miałem…, a tak, mandacik. Przekroczyła pani prędkość w terenie zabudowanym o trzydzieści, nie może o dwadzieścia kilometrów – mruczał pod nosem. Spojrzał na mnie, westchnął… – No dobrze, damy mandat za przejście przez jezdnię w niedozwolonym miejscu, 50 złotych. Ale żaby mi to było przedostatni raz. I smacznego jajka! – dodał wyraźnie z siebie zadowolony.